Dojedziemy, jak Bóg da

Prolog

2005-12-26

Ryszard Kapuściński pisał o Afryce: „To istny ocean, osobna planeta, różnorodny, przebogaty kosmos. Tylko w wielkim uproszczeniu, dla wygody, mówimy – Afryka. W rzeczywistości, poza nazwą geograficzną, Afryka nie istnieje”. Jak wiec opisać Kenię, o której mawia się: „Afryka w pigułce”? W tej kolebce ludzkości – na brzegach jeziora Turkana znaleziono najstarsze ludzkie szczątki – żyje ponad 30 grup etnicznych, a w krajobrazie dominują z jednej strony jeziora i ośnieżone góry, z drugiej zaś słoneczne plaże, sawanny, pustynie oraz lasy równikowe z niezliczonymi gatunkami roślin i zwierząt. Aby zwiedzić całą Kenię nie wystarczą jedyne, nawet kilkutygodniowe wakacje. Ci, którzy powracali tu wielokrotnie, za każdym razem dostrzegali coś nowego.


Muzułmańskie ślady

2005-12-26

Podobnie jak milion turystów, którzy co roku odwiedzają Kenię, wybieramy się najpierw na wybrzeże Oceanu Indyjskiego. Najpiękniejsze, ciągnące się przez kilkadziesiąt kilometrów piaszczyste plaże, rozpościerają się na południe od Mombasy. Od strony lądu graniczą z wydmami i palmami kokosowymi, a podczas trwającego przez kilkanaście godzin dziennie odpływu, pozwalają przejść suchą stopą do oddalonych o kilkadziesiąt metrów od brzegu raf koralowych. Mimo że sezon w pełni, turystów niezbyt wielu. Może dlatego, że poza „cywilizowanym” rejonem Diani nie znajdują rozrywek. Obsługa hotelowa przestrzega przed samotnymi wycieczkami do okolicznych wsi, a taksówki – wbrew temu, co można przeczytać w przewodnikach – są drogie. Sama Mombasa, choć to drugie co do wielkości miasto i największy port w Kenii, nie przypomina ośrodka turystycznego. Upalna, senna i zaniedbana. Plątanina uliczek, meczetów, świątyń hinduskich i wiekowych domów przyciąga jednak etniczną różnorodnością.

Ubiory i zwyczaje mieszkańców wskazują na dominację islamu – spadku po arabskich najeźdźcach. W porównaniu ze stolicą kraju Mombasa i okolice to prowincja, gdzie diabeł mówi dobranoc – wieczorami, prócz oliwnych lampek, oświetlających skromne stragany kramarzy, nie dostrzegamy żadnych świateł! Mimo to trzeba się wybrać na wycieczkę do Mombasy choćby po to, by odwiedzić największą w Afryce manufakturę drewnianych ozdób i figurek czy wybudowaną w XVI w. przez Portugalczyków twierdzę Fort Jesus. Miejscowi, których na hotelowych plażach kręci się bez liku, za kilka dolarów oprowadzą nas po którejś z okolicznych wiosek, co może być jedyną okazją do poznania prawdziwego życia mieszkańców wybrzeża. W lokalnych biurach podróży można też wykupić wycieczkę łodzią na jedną z pobliskich wysp. Najbardziej znana to Wasini z morskim parkiem Kisite, gdzie panują świetne warunki do nurkowania.


W krainie Masajów

2005-12-27

Kenia słynie z safari – w ponad 40 parkach narodowych i rezerwatach żyją setki gatunków dzikich zwierząt. Choć najbliżej południowego wybrzeża leży rezerwat Simba Hills, decydujemy się wyruszyć jakieś 100 km dalej na północ. Do sąsiadujących ze sobą Tsavo West i Tsavo East, tworzących największy park narodowy w Kenii, a zarazem jeden z największych na świecie. Jego powierzchnia przekracza 20 tys. km kw. Kilkadziesiąt kilometrów za granicami Tsavo, w miejscowości Emali, skręcamy na szutrową drogę prowadzącą do spalonego słońcem parku Amboseli, skąd rozciąga się piękny widok na Kilimandżaro. Zamieszkują go głównie słonie, żyrafy i zebry.

– Park założono na terytoriach Masajów przez co wielu z nich zostało kłusownikami. Rząd stara się zapobiec niekontrolowanemu zabijaniu zwierząt, oddając Masajom część zysków z turystyki. Mimo to ich sytuacja jest bardzo ciężka, bo od trzech lat panuje w tym rejonie olbrzymia susza – tłumaczy Omar Ali, nasz kierowca i przewodnik.


Znikające flamingi

2005-12-28

Dwa dni później wyruszamy dalej, w kierunku Nairobi. Stolica Kenii – z paroma strzelistymi biurowcami i zadbanymi ulicami – wygląda jak oaza luksusu, choć i tu nie brakuje dzielnic nędzy. Zatrzymujmy się w muzeum Karen Blixen, bohaterki „Pożegnania z Afryką”, próbując pieczeni z wielbłąda, krokodyla i strusia w restauracji Carnivore… I znów dalej na północ, wzdłuż Wielkiego Rowu, wyznaczonego długą linią jezior i kraterami wulkanów. W tym miejscu rów ma około 45 km szerokości. Dno doliny leży na wysokości od 500 do 1600 m, a zbocza wznoszą się do 4000 m, dzięki czemu odczuwamy miły chłód. Widok czarnoskórych dzieciaków w grubych swetrach i czapkach oraz mijanych lasów świerkowych jest jednak, jak na Afrykę, dość niezwykły.

Późnym popołudniem docieramy do Nakuru – czwartego co do wielkości miasta Kenii. Brudne i hałaśliwe, lecz z niedużym, atrakcyjnym parkiem narodowym Lake Nakuru w pobliżu. Płytkie, zamieszkałe przez chmary różowych flamingów i pelikanów słone jezioro Nakuru, kontrastuje z otaczającymi je lasami wilczomleczy – wielkich kaktusopodobnych roślin. Jezioro nie ma odpływu, przez co jego poziom podlega wahaniom. Kiedy wysycha, flamingi masowo przenoszą się w inne miejsca, by powrócić po dwóch-trzech latach. Mamy sporo szczęścia, bo udaje się nam je zobaczyć. Spotykamy tez nosorożce, zagrożone już zagładą… Na szczęście Wildlife Service, rządowa agencja zajmująca się ochroną przyrody, dość skutecznie rozprawia się z kłusownikami. W ostatnich latach dzikie zwierzęta poczuły się w Kenii pewniej, o czym przekonaliśmy się następnego dnia przy śniadaniu – pod taras stołówki naszego kempingu podeszła lwica, by spokojnie napić się wody w kałuży…


Droga do Masai Mara

2005-12-29

– Safari to nie tylko oglądanie zwierząt. To droga, którą trzeba przejechać, żeby dotrzeć do celu – powiedział nam rano Omar na powitanie.

Wkrótce przekonaliśmy się, co miał na myśli. Z Nakuru do Masai Mara, najsłynniejszego kenijskiego rezerwatu, wiedzie droga, o której mawia się – bynajmniej nie żartobliwie: „jak Bóg da, to dojedziemy”. Podziurawiona jak sito, z resztkami asfaltu prześwitującego między kamieniami i pędzącymi w różnych kierunkach samochodami, których kierowcy bardziej dbają o to, by znaleźć w miarę prosty i gładki odcinek drogi, nie jechać swoją stroną. Pierwszeństwo mają wszyscy – nasz bus (niestety z napędem tylko na dwa koła), ciężarówka, stary mercedes czy wypełniony po brzegi autobus „matatu”, wiozący na dachu pasażerów na gapę: przewiązane sznurkiem, półżywe z przerażenia kurczaki. Pokonanie krótkiego, bo około 200 km odcinka, zajmuje nam niemal cały dzień. Po drodze zatrzymujemy się w Naivasha – największym słodkowodnym jeziorze w kenijskiej części Wielkiego Rowu. Po godzinnym rejsie łódką w poszukiwaniu stada hipopotamów jedziemy dalej, do miasteczka Narok, skąd do Masai Mara jest już blisko. Przejechanie wyboistej drogi przez sawannę zajmuje jednak kolejne kilka godzin.


Spektakl natury

2005-12-30

Odludny, porośnięty skąpą, targaną wiatrami i nękaną suszą roślinnością rezerwat Masai Mara, znajduje się na wysokości niemal 2000 m, na płaskowyżu będącym kontynuacją równiny Serengeti w Tanzanii. Od lipca do października ten najpiękniejszy chyba rezerwat Kenii jest miejscem niezwykłego spektaklu: migracji wielotysięcznych stad antylop gnu poszukujących świeżych pastwisk. Wraz z antylopami przez rzekę Mara wędrują zebry, impale, elandy, gazele i wiele innych zwierząt kopytnych – od tysięcy lat tym samym, utartym szlakiem. W styczniu nie mamy szans na śledzenie tej wędrówki, ale i tak Masai Mara to wspaniałe miejsce do obserwacji lwów i gepardów, stad słoni pasących się na mokradłach, zebr i bawołów czy żyraf skubiących czubki akacji. Mało gdzie na ziemi zobaczy się tyle zwierząt w jednym miejscu. Mamy szczęście. Ostatniego dnia, tuż przed wyjazdem, natykamy się na polującego geparda. Ani drapieżnik, ani hieny czy szakale walczące o resztki, nie przejmują się przejeżdżającymi obok samochodami – można je więc obserwować z odległości kilku metrów.


Epilog

2005-12-31

Z Masai Mara ruszamy z powrotem do Nairobi, co znów zajmuje niemal cały dzień. Tu czekamy na samolot rejsowy do Mombasy, skąd odlatujemy już do Polski. Niebawem jednak wrócimy, by pojechać w okolice otaczanego plantacjami herbaty Jeziora Wiktorii i zapuścić się w pustynne i wietrzne rejony jeziora Turkana na północy kraju. Tu, w miejscu zwanym Koobi Fora, ponad dwa i pół miliona lat temu praczłowiek zaczął budować swój dom na ziemi.