Dziennik z Indochin

Bangkok

2008-01-30

Budzę się nad Birmą, samolot już obniża lot. Niedługo potem podchodzimy do lądowania w Bangkoku, którego terminal przypomina ogromną ośmiornicą z mackami rozrzuconymi na wszystkie strony. Pierwsze wrażenie to ogromne portrety przeciętnie wyglądającego mężczyzny w okrągłych okularach. Portrety będą nam towarzyszyć wszędzie podczas całego pobytu w Tajlandii; to portrety króla. Wszędzie napisy są w sanskrycie, co uniemożliwia zrozumienie czegokolwiek, szczególnie, że w użyciu nie ma cyfr arabskich.

Na ulicy uderza upał, zgiełk i nieznane wonie. Zapuszczamy się w gęstą sieć mniejszych uliczek, poprzedzielanych kanalikami. Miasto Aniołów powstało na bagnach i kanałów jest tutaj więcej niż w Amsterdamie. Zmarnowani podróżą i niedospani udajemy się na słynny masaż tajski. Drobne Tajki szykują nam materace i myją stopy, a my wskakujemy w piżamki. Ta miła dziewczynka na pewno mnie delikatnie wymasuje, a ja nie mogę się doczekać na oczekiwany relaks. Nagle widzę jedno kolano tuż obok nosa, a drugi wykręcone w przeciwną stronę. To co się dzieje upewnia mnie o nieograniczonej elastyczności ludzkiego organizmu. Początkowa nieufność szybko ustaje, zamykamy oczy i odpływamy. Rozluźniamy się zupełnie, w tle słyszę zgiełk ulicy a z bliska dobiegają odgłosy naciąganych palców, strzelających kostek i karków. Jest bosko.

Według mnie kolacja nie była aż tak bardzo ostra, ale inni dostali bardziej czerwonej karnacji i mieli trochę wytrzeszczone oczy. Próbowaliśmy przyzwyczaić się do systemu, w którym je się łyżką i widelcem, przy czym łyżka jest widelcem a widelec nożem. W każdym razie, curry i papryczki chilli smakowały znakomicie. Na deser Jarek proponuje szarańczę i larwy, które można kupić na okolicznych straganach. Nie! Chyba tego nie zjemy?! Nigdy! … A w zasadzie czemu by nie spróbować? Chrupiąca szarańcza i soczyste larwy przełamały barierę, którą Europa oddzieliła się od Azji. Od tego momentu jemy już wszystko i wszędzie.

Idziemy zwiedzać czerwony dystrykt. Czy coś może jeszcze zaskoczyć po Amsterdamie? Zaraz okaże się, że może. Najpierw bar dla gejów, w którym półnagie chłopaki tańczą blisko siebie. Dokładne spojrzenie do środka odkrywa prawdę, że oni tańczą bardzo blisko siebie; jeden jest już w zasadzie częściowo w drugim. Rzut okiem do następnego baru odkrywa największy horror. Chłopaki siedzą i niewinnie popijają drinki. A na podłodze jeden leży na plecach z dolarami w zębach, a drugi dosłownie przesuwa go po podłodze. Wstrząśnięci idziemy do normalnego baru, gdzie na barze tańczą dziewczyny w topless. Zamawiamy drinka i wsiąkamy w klimat miejsca. Wtedy Jarek uświadamia nam, że to jest lokal transów, a wszystkie tańczące dziewczyny urodziły się chłopcami. Drinki momentalnie przestały smakować, wychodzimy. Podobno teraz będzie już w porządku i zobaczymy ping-pong show. Cokolwiek to jest, gorzej być nie może. Znowu kluczymy wąskimi uliczkami w bardzo plastycznej scenerii. Przypominają się wszystkie filmy, gdzie w podobnych miejscach bohaterowi zazwyczaj zostają zadźgani sztyletami. Lokal jest na piętrze i oczywiście bar jest na tyle szeroki, żeby zmieścił się na nim cały tłum nagich kobiet. Na początku upewniamy się, że nie są to transy. Dobra nasza, bierzemy drinki. Jesteśmy świadkami niebywałych sztuczek m.in. otwierania kapsli wargami, tymi które znajdują się poniżej linii pasa. Tytułowy ping-pong show polega na strzelaniu piłeczkami do ping-ponga. Strzelają oczywiście nagie dziewczyny i bynajmniej nie używają do tego rąk.

Idąc Khao San docieramy w końcu do klubu wyglądającego bardzo europejsko. Jest mieszane towarzystwo, ludzie są ubrani, leci przyjemna muzyka i serwują dobrze znane drinki. Zabawa na parkiecie rozkręca się przyjemnie, kiedy … znika muzyka i zapala się światło. Jest druga w nocy i właśnie wtedy, dekretem króla, trzeba kończyć imprezy.

Tłum ludzi wylewa się na ulicę. Mijamy plac koło hotelu, który zamienił się w gigantyczny plac masażu. W uszach huczy nam „One night in Bangkok”.


Bangkok – Chiang Mai

2008-01-31

Mkniemy w szybkich łodziach, a Bangkok jest miękko oświetlony wschodzącym słońcem. Woda chlapie niemiłosiernie, a potężny silnik głośno warczy. Zupełnie jak James Bond w odcinku Człowiek ze Złotym Pistoletem. Wybudowana jeszcze przez Francuzów sieć kanałów jest wystarczająco rozległa, żeby zwiedzić miasto. Niesamowity jest widok małych domków przy samej linii wody a w tle majaczą drapacze chmur.

Kompleks pałacowy wygląda nieziemsko ze szmaragdowym Buddą i rozlicznymi świątyniami jak Wat Chiang Man, Wat Phra Singh czy Wat Kum Kum. Wszystkie budynki świątyń są złote i bardzo bogato zdobione. Ludzie przedzierają się przez szpalery rzeźb z mitologii hinduskiej. Pełno tu smoków, węży i duchów.

Lecimy na północ kraju. Malutki samolot Thai Airways (osiem siedzeń w rzędzie) szybko przenosi nas do miasteczka Chiang Mai (ponad milion mieszkańców). Wciąż nie mogę przyzwyczaić się do skali Azji. Niebo jest zachmurzone i wygląda jakby miało zaraz lać, ale przecież podczas pory suchej to niemożliwe.

Możliwe. Na przemian leje i świeci słońce i w takiej właśnie oprawie przybywamy do hotelu Suriwongse, w którym bardzo dosłownie czuć czasy kolonialne. Wychodzimy w miasto; dopiero okaże się, że niewinne wyjście na kolacje potrwa do rana. Lądujemy w zaułku pod drzewami, który jest klubem reggae. Gra jakiś lokalny zespół, ognisko płonie, a my pijemy rum … z wiadra. Okazuje się, że plastikowe wiaderko plus słomki to bardzo popularny zestaw imprezowy. Nie wymaga używania szkła i znacznie ogranicza ilość wycieczek do baru. Parę wiaderek później …

Lokalne piwo – Singha – jest bardzo dobre. Na pewno można je mieszać w rumem…

O, umiemy jeść pałeczkami….

Jezu! Prawie wypadłem na zakręcie. Jak te tuk-tuki (lokalne taksówki składające się z motoroweru – to miejsce dla kierowcy – i przyczepki z małą ławeczką – to miejsce dla pasażera) pędzą; nie ma się za co złapać…


Chiang Mai

2008-02-01

Rano jedziemy poza miasto zwiedzać przepiękną świątynię o wpadającej w ucho nazwie Wat Phra That Doi Suthep. Nie jest łatwo dostać się na wzgórze świątynne. Trzeba przebyć dokładnie 306 stopni. Na szczycie, każdy z nas dostaje błogosławieństwo mnicha zakończone głośnym „OK” i biała nitkę na nadgarstek. Od teraz chronią nas dobre duchy.

Buddyści nie mogą wyrzucać, ani tym bardziej niszczyć posagów Buddy. Dlatego w niektórych miejscach powstają swoiste cmentarze starych figurek. Zwiedzamy jeden z nich. Coś niezwykłego i niepokojącego jest w widoku jakby przypadkowo porzuconych pod drzewami postaci bez głów lub kończyn.

Wracając do miasta zwiedzamy skansen ze stanowiskami archeologicznymi, a w samym mieście podziwiamy posąg kryształowego Buddy, który liczy sobie 800 lat.

Tajska kolacja, piekielnie ostra. Myślałem, że krewetki to nieduże stworzenia. Błąd. Krewetki rzeczne mają odnóża dochodzące do trzydziestu centymetrów. Na deser oglądamy tajski boks. Okazuje się jednak, że to raczej teatr na dwóch aktorów, coś jak amerykański wrestling. Słabo, idziemy spać.


Trekking

2008-02-02

Jedziemy 100 km dalej na północ w kierunku Złotego Trójkąta drogą lepszą niż w Polsce. Po drodze zatrzymujemy się na rynku. Z nowości są duże chrząszcze i węże. Jest też policja turystyczna, która odprawia nas przed wyjazdem w góry.

Docieramy do położonej na 1500 m n.p.m. wioski ludu Lisu, która wita nas wesołą gromadką umorusanych dzieciaków. Ubrane są w kolorowe ciuchy, co sprawia, że wyglądają dużo lepiej niż w Afryce. (Ich zdjęcia zostaną później pokazane na wystawie.) Wnikamy w dżunglę, gdzie łatwa początkowo trasa zamienia się w błotną zjeżdżalnie. Pod wieczór wyglądamy już ja dzieci Lisu.

Osiągamy cel wędrówki czyli wioskę ludu Lahu, w której spędzimy noc. Lahu przybyli tutaj z Tybetu, a cała wioska składa się z trzech bambusowych chatek. Zażywamy kąpieli w pobliskim wodospadzie, po czym dezynfekujemy się lokalną whisky. Dyo, nasz tajski przewodnik, w oparach zażywanego opium przygotowuje nam pożywne curry. Zmrok znajduje nas przy ognisku, gdzie znalazła się gitara i jeszcze kilka butelek whisky. Popijamy solidnie, bo zanosi się na bardzo zimną noc. Tajskie ballady brzmią jak blues, a noc jest niewiarygodnie gwieździsta.


Trekking

2008-02-03

Budzi mnie chrumkanie świń, do których wkrótce przyłącza się piejący kogut. Najwyraźniej zbliża się wschód słońca, bo temperatura zaczyna rosnąć. Jest pięknie i z żalem zakładamy plecaki.

Dżungla jest nieco rzadsza niż wczoraj, ale za to Dyo dostaje konwulsji od wczorajszego opium. Poruszamy się więc powoli docierając w końcu do wioski Karemów. Szybki lunch składa się z trawy i bambusa.

Wsiadamy na słonie. Nam trafił się spory samiec ze sporymi kłami. Mahud beztrosko usiadł mu na głowie, a ja czuję jak trzęsie się pod nami ziemia. Nagle mahud zeskakuje i pędzi w krzaki. Słoń kroczy dalej, a my nie wiemy o co chodzi. Wraca z kulkami zerwanymi z drzewa, które okazują się być amunicją do procy używaną do odstraszania psów.

Wioska ludu Padong z Birmy. Są to długie szyje czyli kobiety, które od szóstego roku życia zakładają na szyje metalowe obręcze. Widok jest niesamowity, ale cierpienie deformowanego ciała (miażdżone obojczyki) jest nieludzkie. Według jednej legendy obręcze mają chronić przed atakami tygrysów. Druga teoria to oszpecanie kobiet, żeby chronić je przed porwaniami przez mężczyzn z innych plemion. Ten swoisty skansen powstał jednak z pobudek ekonomicznych. Długie szyje zarabiają na turystach, ponieważ muszą utrzymać swoje rodziny przebywające w Birmie.

Dygresja 1: Pierwsza różnica pomiędzy Azją a Afryką jest taka, że w bardzo nawet ubogich rejonach Azji ludzie są stosunkowo dobrze ubrani. Widać łatwy dostęp do bardzo tanich i kolorowych ubrań, często wiernych podróbek znanych w europie marek. Tak jakby bieda były przykryta kolorową peleryną.


Luang Prabang

2008-02-04

Rozklekotany ATR ląduje w historycznej stolicy Laosu. W ramach serwisu VIP stewardesa zabiera scyzoryk z którym wsiadałem do samolotu, żeby oddać mi go już na miejscu. W gazetce pokładowej nie ma wzmianki o lotniczych tradycjach Laosu ani o posiadanej przez to państwo flocie. Dostajemy za to kanapki z czymś, co zmarło dawno temu. Przez cały lot oglądamy tylko dżunglę, bez żadnych śladów obecności człowieka.

Hotelik Saynamkhan musiał być kiedyś perełką architektury francuskich kolonistów. Ale czasy swojej świetności ma już dawno za sobą. Luang to miasteczko z duszą, którą tworzą małe straganiki, galerie sztuki, buddyjskie klasztory i klimatyczne bary. To właśnie w jednym z nich postanowiliśmy coś zjeść. Na przykład glony z Mekongu i hot-pot, który przyrządzamy sobie sami opiekając jedzenie nad wiadrem z rozżarzonym węglem.

Wieczorem zwiedzamy kompleks świątynny Wat Xieng Thong, który nas wszystkich zachwycił. O komunistycznym ustroju Laosu przypominają nam jednak tajni milicjanci, którzy próbują sprzedać nam narkotyki, żeby nas następnie aresztować. Uprzedzono nas o tych praktykach.


Luang Prabang

2008-02-05

Bum, bum. Nadchodzi armia Mordoru. Bum, bum.

Podrywamy się z łóżka, nie ma jeszcze 6:00. Rozpoczyna się pochód mnich. Jest to barwne widowisko, podczas którego mnisi codziennie o świcie przechodzą przez miasto zbierając od ludzi jedzenie na cały dzień. Podstawą ich pożywienia jest zatem sticky rice czyli gatunek ryżu z którego można lepić kulki. W sumie my żywimy się niewiele lepiej. Idziemy na okoliczny bazarek. Z nowości można kupić wiewiórki i nietoperze. Zastanawiają też odrąbane nogi bawołów. Może to lokalne kopytka.

Zwiedzamy rozliczne świątynie i stupy, które w Luang Prabang są wyjątkowo urokliwe. Upał staje się nie do zniesienia, więc uciekamy nad wodę.

Zaopatrzenie w Beerlao wsiadamy do łódki i płyniemy w górę Mekongu, aby dotrzeć do skalnej groty mieszczącej całe mnóstwo figurek Buddy. W drodze powrotnej zatrzymujemy się w bardzo prymitywnej wiosce słynącej z … destylowania whisky. Robimy drinki mieszając zawartość z różnych dzbanów i płacąc około dolara za butelkę. Sądząc po kolorze napoju, woda pochodzi wprost z Mekongu.

Wieczór w Luang Prabang zaskakuje ze względu na całkiem sporą ilość turystów, którzy szczelnie wypełniają lokalne bary. My wybieramy jeden z przytulniejszych barów, gdzie zamawiamy tradycyjne hot-poty. Jedzenie jest pyszne, trzeba tylko uważać na podgrzewacze, … bo są to wiadra z rozżarzonym węglem podwieszone pod blatem stołów.

Bierzemy rikszę i jedziemy na laotańską dyskotekę. Przy wejściu ochroniarz zabiera mi butelkę z piwem, … którą następnie odda mi z uśmiechem przy wyjściu. Wewnątrz czujemy się jak w wehikule czasu, który przeniósł nas w lata siedemdziesiąte. Z obdrapanego głośnika (jednego!) sączy się klasyczne disco, a ubrany w nylonowe dresy tłum niemrawo podryguje na parkiecie. No to jest lao life …


Luang Prabang

2008-02-06

Bum, bum. Nadchodzą orki … Jest 4 nad ranem, to nie fair. Śpimy jeszcze trochę, ale i tak wstajemy na wschód słońca, żeby poprawić wczorajsze zdjęcia z pochodu mnichów.

Zwiedzamy pałac królewski Haw Kham w dawnej stolicy Laosu. Pierwsze skojarzenie to przepych a la Haile Selassie. Ostatni król Laosu, Sisavang Vong, podejmował gości w sypialnym łóżku, ponieważ cenił sobie widziany przez okno Mekong. Są też szklane gabloty z prezentami otrzymanymi przez króla. Jest lepiej niż na Jarmarku Dominikański; mamy np. lądownik księżycowy z USA, sputnik z ZSRR i Polski szczerbiec z XIV wieku.

Znowu wyruszamy w dżunglę, gdzie co jakiś czas napotykamy wioski rozmaitych plemion zamieszkujących Indochiny. Na uwagę zasługują też flora m. in. mangowce, drzewa tekowe, palmy kokosowe czy hodowle ananasów. W dżungli jemy świetny lunch składający się z pięciu potraw np. ryż z krewetkami, ryż z wieprzowiną … Docieramy do pięknej laguny, gdzie czas na zimną kąpiel.

Siedzimy w ciężarówce i tradycyjnie już mamy prowiant na drogę. Tym razem jest to niezawodna Lion Whisky – 2 zł za butelkę. Jest wesoło i droga z powrotem bardzo się skraca, chociaż prawie doświadczyliśmy kąpieli w … polu ryżowym.


Luang Prabang – Van Vieng

2008-02-07

Van Vieng nawet nie ma na mapie. Podobno to blisko, jakieś 5h jazdy busem. Przy wyjeździe zatrzymujemy się przy posterunku policji, gdzie zostajemy dokładnie sprawdzeni przez policjantkę ubraną w czerwoną bluzkę i podrobioną torebkę Lacoste. Jedziemy, a dosyć szybko bus zaczyna forsować górskie serpentyny. Przysypiamy w rytm zawodzących pieśni Lao music, w których rzewnemu wokalowi obowiązkowo towarzyszą piszczałki. Przez okno widać wspaniałe góry, które mają szansę stać się mekką wspinaczy. Teraz jest tu bezpiecznie, ale nie tak dawno temu samochody były dosyć regularnie napadane przez bandy ukrywające się w dżungli jeszcze od czasu wojny wietnamskiej.

Lunch jemy przy drodze, kupują bardzo dziwne potrawy od jakiejś staruszki. Nachodzi mnie myśl, że to cud, że nikt jeszcze nie miał problemów z żołądkiem. Znowu film drogi. Wjeżdżamy w końcu do Van Vieng, gdzie jeszcze pozostał pas startowy USAF wykorzystywany przez amerykańskie bombowce do nalotów na pogranicze z Wietnamem.

Momentalnie dopada nas zgiełk i widok mnóstwo młodych ludzi, najwyraźniej turystów w tym dzikim regionie. Jak się później okazuje, spora część turystów to Chińczycy, którzy tutaj obchodzą swój nowy rok.

Nocleg mamy w bungalowach krytych strzechą, położonych nad samą rzeką i z widokiem na krasowe skały. Jest przepięknie, tym bardziej, że właśnie zachodzi słońce.

Po 7h podróży należy się masaż, więc znowu leży i słyszą strzelanie własnych kości. Jeszcze tylko zwyczajowa zielona herbatka i już przed 21:00 siadamy do obiadu. Potem nad rzekę, gdzie już z oddali słychać ostrą muzykę techno. Wzdłuż linii wody jest szereg knajpek-dyskotek, gdzie leżąc po rzymsku w poduszkach, albo nowocześniej w hamakach, można popijać drinki serwowane w … wiadrach. W końcu tak jest szybciej i taniej, a w dodatku nie ma kłopotów ze szkłem. Za całe cztery dolary dostajemy wiaderko (takie dziecięce do piaskownicy) i zestaw słomek. Drink jest azjatycki czyli z obowiązkowym redbulem, ale my wzmacniamy go dodatkową porcją whisky. Impreza jest naprawdę solidna, a wiaderka zbierają już żniwo w postaci osób, które już nie są w stanie wyjść z hamaków. Około północy wszystko przycicha – komunistyczny dekret.

Wracamy do bazy Ban Sabai, gdzie oczywiście bar jest zamknięty. Głośno wołamy do stróża nocnego „Mistrzuniu!” i okazuje się, że dostajemy … klucze do baru. Korzystamy na całego z sokowirówki, zapasu owoców i składu alkoholu. Impreza jest przednia, a na końcu płacimy za wszystko trzynaście dolarów i to z dużym napiwkiem dla mistrzunia. Zasypiając w liściastych chatkach słyszymy rechot żab. Lao life!


Van Vieng

2008-02-08

Pobudka; jest pięknie. Rzeka płynie leniwie, góry są spowite mgłą a w około podobne chatki z bambusa. Po szybkim śniadaniu wsiadamy na przyczepę traktora i jedziemy w kierunku górskich jaskini. Przydają się czołówki, ponieważ w przepastnej jaskini jest zupełnie ciemno i co chwila spotykamy owady bez oczu a za to z długimi czułkami. Potem kąpiel w lagunie i posiłek zawinięty w liściach bananowca. Na wszelki wypadek postanawiamy się zdezynfekować nieodzowną Tiger Whisky.

Następna przygoda to tubing czyli spływ rzeką w oponach samochodowych. Szybki posiłek w barze prowadzonym przez fundację www.stay-another-day.org i do dzieła. Najpierw wypełniamy deklarację, że organizator za nic nie odpowiada, a następnie każdemu na przedramieniu zostaje napisana grubym markerem kolejna liczba. Chodzi o to, że jak się ktoś zmęczy trudami spływu (czytaj Tiger Whisky) i organizatorzy znajdą go w sitowiu, to żeby można było taką osobę zidentyfikować. No muszę przyznać – pełen profesjonalizm.

Zaczyna się niewinnie. Szum rzeki w pięknych okolicznościach przyrody. Po kolejnym zakręcie rzeki słychać głośną muzykę i widzimy bary a w nich mnóstwo ludzi. Sensem tubingu jest bowiem spływ przerywany przybijanie do kolejnych barów. Jest to całkiem łatwe, ponieważ „operatorzy barów” rzucają przepływającym liny z przywiązanymi butelkami plastikowymi. Trzeba tylko złapać linę i pozwolić się wciągnąć wprost do baru.

Impreza jest przednia, szybko pojawiają się znajome wiaderka ze słomkami. Czy to na pewno jest komunistyczny kraj? Główną atrakcją jest skok „na tarzana” na linie, którą łapie się z kilkumetrowej platformy. Wymaga to przełamania strachu, ale potem wykręcamy niemal olimpijskie akrobacje na drążku zakończone skokiem do rzeki.Impreza się zdecydowanie przedłużała, ale nadchodził zmrok więc ruszyliśmy dalej. Część składu podupadła na siłach, więc jedynym rozwiązaniem było sformowanie pociągu, gdzie kajak robił za lokomotywę a „dętkarze” za wagoniki.


Van Vieng – Vientiane

2008-02-09

Jedziemy na południe do stolicy kraju – Vientiane. W miarę upływu czasu zjeżdżamy z gór na tereny nizinne obserwując jak zmiana klimatu wpływa na hodowle roślin. Chłodniejszy i suchy klimat górski ustępuje gorącemu i wilgotnemu powietrzu tworząc idealne warunki do uprawy … oczywiście ryżu. Tutaj poletka ryżowe dają zbiory dwa razy w roku, w delcie Mekongu nawet trzykrotnie. Zatrzymujemy się, żeby podziwiać skomplikowany system kaskadowo położonych tarasów i systemu kontrolowanego i stałego przepływu wody, który pozostaje niezmienny od wieków.

Dygresja 2: Druga różnica pomiędzy Azją a Afryką jest taka, że w bardzo nawet ubogich rejonach Azji ludzie mają dostęp do telefonów komórkowych i telewizji satelitarnej. Dostępność technologii w porównaniu z Afryką jest miażdżąca. Tam są tylko reklamy przedstawiające Masajów na sawannie z komórkami, a tutaj w środku dżungli do chaty z bambusa przywiązaną jest antena satelitarna.

Zatrzymujemy się w hotelu (sic!) w samym centrum. Nic więcej o tym obiekcie nie napiszę, ale za to nocleg kosztuje 17 dolarów. Od razu jedziemy oglądać złotą stupę Pha That Luang, która jest symbolem niepodległości Laosu. Jej wizerunek zdobi wszystkie banknoty Kip. Niedaleko jest też kompleks świątyń Haw Phra Kaew, a w samym centrum napotykamy żelbetonowy łuk triumfalny, który został podarowany przez amerykanów i w pełni wykorzystał możliwości produkcyjne jedynej w kraju cementowni. Miasto jest dosyć eklektyczne w niesamowity sposób łącząc buddyjskie świątynie, kolonialną architekturę z silnymi wpływami francuskimi i betonowymi monumentami komunizmu.

My oczywiście jedziemy za miasto do sauny i na masaż. Tym razem jest to ogródek przylegający do świątyni, gdzie sauna jest w liściastym domku pod którym stoi wielki kocioł z wrzącym naparem z zielonej herbaty. Siedząc w saunie czuję się jak torebka z herbatą podwieszona nad czajnikiem. Zresztą herbatę z kociołka dostajemy również do wypicia. Tylko Rafał wygląda nie najlepiej, chyba zbyt mało korzystał z zestawu odkażającego chilli – whisky.

Kolację jemy nad rzeką, a na drugim brzegu widać Tajlandię. Jest cudnie chociaż mocno dają się we znaki tzw. „szwadrony morderców z Mekongu” czyli bandy komarów.

W hotelowej telewizji jest zaskakująca ilość kanałów ze wszystkich krajów regionu. Uwagę przykuwają kanały muzyczne, gdzie non stop puszczają teledyski z dziećmi śpiewającymi sentymentalne piosenki na tekturowym tle w kiczowatym kolorze z paskiem karaoke w sanskrycie.


Vientiane – Phnom Penh

2008-02-10

Rano z obskurnego laotańskiego lotniska zabierają nas do Kambodży wietnamskie linie lotnicze. Na pokładzie wszyscy otrzymują serdeczne życzenia z okazji … wietnamskiego nowego roku. W gazecie czytam, że rozpoczął się właśnie Tet Szczura. Fachowa analiza finansowa nie jest jednoznaczna: „Mistrzowie Feng Shui głoszą, że szczur zaatakuje [to pozytywne], chociaż mokra część szczura schłodzi rynki w drugiej połowie roku [to chyba negatywne]”. Dowiaduję się też nieco o sytuacji politycznej w Kambodży, gdzie stary król Sihanouk abdykował a jego miejsce zajął syn Sihamoni. Wybór chyba nie był optymalny, ponieważ obecny król przedtem był prezesem Khmerskiego Stowarzyszenia Tańca, instruktorem baletu i tajemnicą poliszynela są jego homoseksualne skłonności powodujące nieznośny brak perspektyw na jego następcę. Lądujemy w stolicy Phnom Penh, gdzie nie tak dawno temu panowali Czerwoni Khmerowi. Wyzwolone przez wojska wietnamskie miasto ma wciąż niewielką, bo raptem milionową, populację Wietnamczyków a niedobitki kolegów Pol Pota ukrywają się gdzieś w Górach Kardamonowych. Raczej nikt się tam nie zapuszcza, bo spora część Kambodży (ale także Laosu) jest wciąż zaminowana po wojnie wietnamskiej.

Zwiedzamy Pola Śmierci czyli muzeum pamięci o zbrodniach reżimu Czerwonych Khmerów. Uderza podobieństwo do działań nazistów i obozów koncentracyjnych. Pol Pot jest odpowiedzialny za wymordowanie około 1,5-2,0 mln ludzi w kraju liczącym wtedy 7 mln mieszkańców. Chodzimy na zewnątrz po rozległym terenie z przerażeniem odkrywając, że z ziemi prześwitują białe ludzkie kości. Nazwa Pola Śmierci jest tym samym bardzo adekwatna.

Znowu w centrum miasta, gdzie panuje spory zgiełk. Pierwszy raz doświadczamy tak zdecydowanie trąbienia, przepychania, smrodu, brzydoty. Niemniej jemy przyzwoitą kolację i objeżdżamy miasto na motorach (taksówkach). Wieczorem odpoczywamy w Foreign Reporters’ Club, chyba najlepszym barze w mieście przy bulwarze Tonle Sap, gdzie można spotkać korespondentów i obejrzeć wspaniałe zdjęcia z dżungli.


Phnom Penh – Siem Reap

2008-02-11

Znowu w busie, jedziemy na północ całkiem porządną drogą. Czuje się trochę źle więc podczas postoju rezygnuję z przekąski, którą są smażone pająki Tarantula. A propos przysmaków, podobno najbardziej ekstremalnym są małe pisklaki wyjadane z jajek łyżeczkami. Znowu stoimy. Tym razem jest to niezły korek, zupełnie zaskakujący na tym odludziu. Wytłumaczenie jest prozaiczne. W okolicznej wiosce jest ceremonia otwarcia nowej szkoły, na którą przywieziono kilkanaście ciężarówek z „ochotnikami”. Ich zadaniem będzie wyrażanie entuzjazmu i machanie papierowymi flagami. Oficjele przylatują ze stolicy helikopterami. Mamy szczęście, bo uroczystość po czterech godzinach w trzydziestostopniowym upale już się kończy i zaraz odblokują drogę. Zdążyliśmy zrobić jeszcze kilka niezłych zdjęć; ogólnie klimat bardzo przypomina Kubę.

Wjeżdżamy do dawnego imperium Khmerów o czym świadczą bogato zdobione kamienne mosty z XII wieku. Siem Reap osiągamy po 7h jazdy i może lepiej było płynąć statkiem, któremu zajmuje to od 5h (gdy ma szczęście) do 12h (gdy osiądzie na mieliźnie). Miasto uderza niesamowitą ilością luksusowych hoteli, jest zupełnie odmienne od tego co widzieliśmy dotychczas. Nasz hotel też jest luksusowy i bardzo dba o poprawne zachowanie gości. Już na drzwiach znajdujemy tablicę: „Prosimy nie wnosić broni, narkotyków i nie sprowadzać prostytutek”.Ruszamy niezwłocznie, żeby zdążyć na zachód słońca w Angkor Wat. Cały kompleks świątynny jest ogromny, bo zajmuje obszar o powierzchni 400 km2. Budowle imperium Khmerów pomimo upływu prawie tysiąca lat wciąż robią niesamowite wrażenie. Bardzo masywne kamienne budowle są bogato zdobione rzeźbami i malowidłami. Nieziemsko wprost wyglądają drzewa, które dosłownie wrastają w kamienie będąc z nimi w „wiecznym uścisku”. Robimy pierwsze zdjęcia w labiryncie ruin, a zachód słońca jest rzeczywiście piękny. Myślę o tym dalej podczas masażu o niewidomych, gdzie wyostrzony zmysł dotyku daje wspaniałe doznania.

Dygresja 3: Niegdyś kompleks Angkor był potężnym ośrodkiem kultury utrzymującym np. sześćset tancerek Apsara. Imperium zbankrutowało, ponieważ ogrom kompleksu Angkor był nie do utrzymania. Jak na ironię kilka wieków później to Angkor utrzymuje sporą część gospodarki Kambodży generując większość wpływów z turystyki.


Świątynie Angkor

2008-02-12

Wstajemy przed piątą rano, grubo przed wschodem słońca. Jedziemy na teren Angkor podziwiać wschód. Na szczęście ludzi jest bardzo mało, bo Chińczycy wracają już do domu po obchodach nowego roku. Niebo jest lekko zachmurzone, ale to tylko dodaje uroku. Korzystamy z jednodolarowego serwisu miejscowych czyli zestawu kawa plus krzesło i jesteśmy zachwyceni otaczającym nas pięknem.

Cały dzień spędzamy błąkając się po zaułkach kompleksu i jest to najpiękniejsze miejsce jakie zwiedzałem. Rozmach architektów i wysiłek budowniczych robi wielkie wrażenie. Same budowle są w różnym stanie, od całkiem nieźle zachowanych do zupełnych ruin. Zwracają uwagę budowle rozebrane na tysiące kamiennych „klocków” do których brak jest dokumentacji, dlatego ich poprawna rekonstrukcja nazywana jest największymi puzzlami świata. Zmurszałe mury w bardzo płynny sposób przeplatają się z dżunglą poprzez drzewa dosłownie wrastające w budowle. Przypominamy sobie scenerię z filmu Tomb Raider będąc w miejscu jego powstawania. Są jeszcze pozostałości po fosach niegdyś zamieszkałych przez krokodyle. Rysunki na murach przypominają o walkach z Chińczykami, Wietnamczykami i Tajami, których całe zastępy kończyły żywot jako pokarm tychże gadów. Są też liczne wizerunki z metodologii hinduizmu co pięknie świadczy o przenikaniu się kultur. Podziwiamy więc zmagania Ramy i Hanumana walczących o Sitę przeciw demonowi Rawana i zastanawiamy się czy ktoś zdoła przeczytać ze zrozumieniem cała Ramayanę. Na mnie największe wrażenie robi bajeczny Bayon, ze względu na wykute w nim prawie dwieście twarzy Buddy i liczne płaskorzeźby świadczące o bogatej, ale i trudnej historii Khmerów. Ta świątynią leżała niegdyś w sercu Angkor Thom literalnie „dużym mieście” imperium Khmerów.

Zbliża się zachód słońca, a my siedzimy na szczycie jednaj ze świątyń i w magiczny sposób pojawia się butelka whisky. Tym razem szkocka. Słońca chyli się zachodowi a my w jakiś mistyczny sposób łączymy się z dawnymi Khmerami, kończąc naszą przygodę w Indochinach.