Dzienniki samochodowe

Varadero

2006-11-25

Eh, w hotelu nie da się wytrzymać. Jutro znikamy w głąd wyspy.


Varadero – Cienfuegos – Trinidad

2006-11-26

Zawsze, gdy prowadzę samochód denerwują mnie znaki drogowe. Jest ich zdecydowanie za dużo. Co chwila się je mija, więc kierowcy wyrobili sobie praktyczny nawyk nie zauważania ich. Oczywiście chodzi o koncentrację na drodze, a nadmierna ilość pstrokatych znaków rozprasza. Kraj, w którym jest bardzo mało znaków, powinien być wspaniały. Niezupełnie. Jest spora różnica pomiędzy „bardzo mało znaków”, a „brak znaków”. Na Kubie znaków drogowych nie ma w ogóle, więc pierwszy raz w życiu, prowadząc samochód, szukałem dobrego kierunku obserwując położenie słońca!

Bach! Co to za dziura? Koło wpadło prawie po oś. Mogło być niewesoło, ale najwyraźniej ta Fabia niejedną dziurę już widziała. Ale jak jechać? Chyba się zgubiliśmy. Farmerzy, pracujący na przydrożnym polu, ze śmiechem pocieszają, że tutaj wszyscy źle wjeżdżają i wpadają w te dziury. Najwyraźniej takie zdarzenia przyjemnie zakłócają monotonię ich pracy.

W końcu dojechaliśmy do miasta Cienfuegos, czyli „Stu ogni”. Kto wymyślił tak dziwną nazwę? Przewodnik mówi o „bogatym parku w centrum miasta”. Gdzie jest ten park? A, to te trzy drzewa wyrastające praktycznie z betonu. Trzeba mieć sporo wyobraźni, żeby nazwać to parkiem. A gdzie są „wspaniałe rezydencje z czasów kolonialnych”? A, to te sypiące się rudery. Chyba już stąd wyjeżdżajmy.

Znowu się zgubiliśmy, jak tu jechać. W tej sytuacji nie było to dziwne, że ucieszył nas widok policji drogowej stojącej na poboczu. Policjanci rozmawiali właśnie z zatrzymanym kierowcą, który okazał się być generałem armii kubańskiej. Na pytanie o drogę do Trynidad generał nawet się ucieszył i zaproponował, żeby jechać za nim, bo on też wybiera się w tym kierunku. Następne kilkanaście kilometrów ciągnęliśmy się w oparach spalin wyrzucanych przez Ładę generała.

Wjazd do Trinidad, architektonicznej perły Antyli, jest dosłownie zatkany przez naganiaczy, którzy oferują kwatery do spania, bary do jedzenia i licho wie, co jeszcze. Energicznie skręcam w kierunku starówki i zaczynamy wjeżdżać stromymi brukowanymi uliczkami, aż trafiamy na zagradzający drogę płot. Na szczęście obok stroi strażnik miejski. Pytam go, jak znaleźć adres kwatery, do której zmierzamy. Niestety, nie wie. No dobrze, poradzimy sobie sami. Pytam tylko, na jakiej ulicy się znajdujemy, bo oczywiście nie jest oznakowana. Ku mojemu zdumieniu, strażnik odpowiada, że nie wie. Nie wie, na jakiej ulicy stoi od rana! Na szczęście jakoś przebijamy się do celu. Okazuje się, że w kwaterze jest „un problemo” z wodą, ale właścicielka już ciągnie mnie za rękę do sąsiadki, u której jest bieżąca woda.

Wieczorem spacerujemy po zakamarkach Trinidad i trafiamy na klub muzyczny. Zapytani o dzisiejszą imprezę ochroniarze, mówią, że zaczyna się za jakąś godzinę, jak przyjdą chętni. Postanawiamy coś zjeść i wracamy, żeby zobaczyć zamknięty klub. Najwyraźniej chętnych nie było. W międzyczasie uczymy się najbardziej przydatnej na Kubie sekwencji: „No, gracias”, którą bezwiednie już raczymy zaczepiających nas naganiaczy. Nie zadziałała jednak do starszego pana, który nie proponował nam noclegu czy jedzenia, ale bardzo zainteresował się naszym pochodzeniem. Zdumieni słuchaliśmy jak zaczął niemal recytować zdarzenia z historii Polski, zwłaszcza w kontekście sytuacji politycznej na Kubie. Postanowiliśmy grzecznie odejść dalej.

Znamienne, że spokój panujący na Kubie i jej oniryczny charakter podkreślają nawet psy, które potrafią zasnąć na środku głównej jezdni. Zadaniem kierowców jest wtedy wykonanie slalomu, żeby ich nie przejechać. W ten surrealistyczny świat doskonale wpisuje się napotkana przez nas turystka z Australii, która bez mapy błąka się, idąc w zupełnie złą stronę. Wspólnie znajdujemy uwidacznianą na pocztówkach wieżę kościelną, która jest oczywiście nieczynna. Mamy przyjść następnego dnia. Przychodzimy następnego dnia, żeby uzyskać nową informację. Wieża jest w ogóle zamknięta, bo trwa remont.


Trinidad

2006-11-27

Zasypiamy bez żadnych problemów, ale w nocy budzą nas odgłosy z zamierzchłych czasów – stukanie końskich kopyt o bruk. Niemniej jednak rano, zregenerowani snem wyruszamy do Valle de los Ingenios, czyli urodzajnej dolinki, w której od lat znajdują się wspaniałe plantacje cytrusów. Tak, miejscowość jest, dom farmerów również, a nawet wieża, z której strażnicy nadzorowali niewolników na plantacji. Tylko cytrusów już dawno nie ma, a dokładnie to od wybuchu rewolucji. Z wieży roztacza się zatem piękny widok na hektary nieużytków.

Niezrażeni ruszamy w przeciwnym kierunku, do malowniczej miejscowości Topes de Collantes. W Topes odnajdujemy swojsko wyglądające, ohydne betonowe bloki, które pełnią funkcję reprezentacyjnych hoteli w tej urokliwej miejscowości. Na szczęście park narodowy pozostał nienaruszony i wyruszamy na kilkugodzinny trekking uwieńczony kąpielą w wodospadzie, który spiętrza wodę o przyjemniej orzeźwiającej temperaturze trzynastu stopni.

Wracamy do Trinidad i wyruszamy w poszukiwaniu opisywanej w przewodniku restauracji słynącej w dań drobiowych. Znaleźliśmy … ten bar i za odpowiednik 7,5 dolara dostaliśmy rozgotowane kawałki kurczaka z makaronem i ketchupem. Z łezką w oku można wspomnieć jedzenie w akademikach w Sopocie. Dopełnieniem „wykwintnego” posiłku były lody i kawa – najwyraźniej obowiązkowe w tym lokalu. Gdyby tylko lody zastąpić wuzetką… Na całej wyspie uwagę przykuwają cenniki, gdzie ceny w pesos convertibles, czyli oficjalnej walucie dla turystów mają znaczek ($) dolara amerykańskiego. Jest to dosyć dziwne, ponieważ sam dolar na wyspie jest nielegalny.

Wieczór. Karaluch napotkany w łazience nie miał szans… po dwóch bezpośrednich trafieniach. Drugi padł już po pierwszym, widać to kwestia wprawy.


Trinidad – Camaguey

2006-11-28

Jedziemy a nad nami znowu krążą te same ciemne ptaki. Zaraz, zaraz. Przecież to są sępy! Cóż za wymowny znak zbliżającego się końca fidelowego imperium. Sam Brodacz jest wciąż w szpitalu i chyba już z niego nie wyjdzie.

Ciekawy jest system oznakowania pojazdów, które są jednoznacznie identyfikowane na podstawie koloru tablic rejestracyjnych. I tak, żółte to samochody prywatne (cokolwiek to na Kubie oznacza), niebieskie to państwowe (sporo), brązowe to inne państwa, pomarańczowe to spółki z udziałem zagranicznym, czerwone to my (turyści), białe są rządowe, a czarne to korpus dyplomatyczny.Pobocza na Kubie są zupełnie różne niż w Polsce. Z dwóch powodów. U nas jest bardzo pstrokato, ponieważ wszędzie są bilbordy. Na Kubie bilbordów nie ma w ogóle, gdzieniegdzie są tylko murale z wyblakłymi hasłami rewolucyjnymi. Za to wszędzie widać chmary tzw. „żółtych”, czyli pracowników państwowych, którzy zajmują się przymusowym zatrzymywaniem nielicznych jadących samochodów i upychaniem w nich osób, które chcą gdzieś jechać, a samochodu nie mają. Na szczęście „żółci” (od koloru ich kamizelek), nie mogą zatrzymywać turystów. Jak dobrze mieć czerwone rejestracje.

Wjeżdżamy do Camaguey, karaibskiego miasta z bogatymi historiami z czasów piratów. W ręku mamy adres kwatery z rezerwacją potwierdzoną emailem. Ciekawe jak to możliwe, skoro posiadanie dostępu do Internetu na Kubie jest zabronione? Jak zwykle szukamy miłego miejsca, żeby coś przekąsić i – jak zwykle – opisy z naszego przewodnika i to co widzimy, to dwa różne światy. Krążymy po mieście i nagle zauważamy, że na krok nie odstępuje nas dwóch smutnych panów z wąsami. Na jakiś czas przestajemy demonstracyjnie fotografować kuriozalne wizerunki Fidela i przyspieszamy kroku.

W sercu miasta znajduje się Grand Hotel. Taki bardzo grand to on oczywiście nie jest, niemniej na dachu jest bar. Pijemy mojito i oglądamy zachód słońca – bezcenne.


Camaguey – Santa Clara – Hawana

2006-11-29

Znowu na autostradzie, czyli jedynej, dwupasmowej szosie, która biegnie wzdłuż wyspy. Autostrada ta jest bardzo dziwna, ponieważ panuje na niej zupełna cisza spowodowana brakiem … samochodów. Na całkowitym pustkowiu, na poboczu stoi policjant. Sponiewierany kurzem i upałem wygląda żałośnie. Ale co to? Na szosie stoją jacyś ludzie. Dokładnie na środku szosy. Wymachują do nas rękami, pokazując coś, co mają w rękach. Zaczynam grę w tetris, lawirując pomiędzy wyskakującymi na jezdnię ludźmi. Trzymają sery, czosnek, cebulę i… sępy?! Nie, to indyki. W końcu zatrzymujemy się i za kilka peso kupujemy pokaźny kawał żółtego sera. Raz kozie śmierć, w bagażniku jest Loperamid. Może zdążymy dobiec.

Wreszcie zajeżdżamy do Santa Clara – miasta Che Guevary. Ciekawe, co zobaczymy, bo to przecież kultowe miasto dla rewolucji. O, jest i Che, stoi na wielkim postumencie i widać go z daleka. Przy bliższym spojrzeniu odgadujemy, co Che-rzeźba trzyma w rękach. Menażkę i kałasznikowa. Doprawdy pięknie. Pomnik stoi przed mauzoleum. Śmiało wchodzimy do środka, by zwiedzić wystawę. Jest rewolucyjnie, czyli wstęp dla wszystkich za darmo. W środku znajdujemy trochę osobistych przedmiotów i sporo patetycznych zdjęć opatrzonych wzniosłymi hasłami dotyczącymi głównie szczęścia ludzkości.

Niedługo potem, będąc już w centrum miasta, możemy porównać założenia rewolucji z jej rezultatami. Porównanie wypada miażdżąco. Co to za wrzaski? Na główny plac miasta, gdzie schroniliśmy się pod drzewami, wkracza kolorowy korowód dzieci. Uświadamiamy sobie, że coś się właśnie zaczyna. Dzieci w mundurkach wchodzą w zdyscyplinowanych zastępach, dzierżą w dłoniach sztandary i obrazy (oczywiście Che i Fidela) i skandują rewolucyjne hasła. Nie możemy zapomnieć, że jesteśmy w czasie wielkiego tygodnia upamiętniającego pięćdziesiątą rocznicę wybuchu rewolucji. Przez prawie godzinę jesteśmy świadkami „spontanicznych” wystąpień uczniów-przewodników i równie „spontanicznych” śpiewów patriotycznych pieśni. Słowem – defilada pierwszomajowa na całego. Kawałek dalej szukamy pomnika upamiętniającego udany atak rewolucjonistów na pociąg z dostawą broni dla wojsk Batisty. Tym razem przewodnik się przydał, bo nigdy byśmy nie wpadli na to, że porzucony na torach wagon kolejowy i stojący obok zardzewiały spychacz może być słynnym monumentem.

Wyjeżdżamy z Santa Clara rozmawiając o Che. Czy był to utopijny idealista? Czy tylko wykoleił się, jak ten wagon towarowy? Czy może był zwykłym zdrajcą? Zastanawiająco spora grupa ludzi nosi koszule z jego podobizną nie zastanawiając się nad tym. Znowu na autostradzie. Uświadomiłem sobie, że przejechaliśmy już 1200 km, a samochód wciąż działa.

Kilka godzin później wjeżdżamy do Hawany. Ulice nie są oczywiście oznakowane, dlatego nie tak po prostu wjeżdżamy, a raczej wpychamy się, klucząc i kierując się na azymut – w stronę morza. Historyczna część Hawany to Havana Sieja, czyli Stara Hawana. Nazwa jest bardzo adekwatna. Najwyraźniej dla podkreślenia jej wieku, w latach pięćdziesiątych zaprzestano jakichkolwiek remontów. Dzięki temu ozdobne elementy elewacji starych kamienic możemy znaleźć bezpośrednio na bruku. Niemniej ciekawa historia przesyca wąski uliczki starówki, gdzie lufy armatnie wbite w chodnik pełnią funkcję słupków. Błądzimy jak zwykle i już nie dziwi nas kolejny policjant, który nie wie gdzie się znajduje. Szybko się uczymy. Wreszcie udaje nam się znaleźć miejsce parkingowe u niejakiego Miguela, który składuje różnej maści samochody na swoim ukrytym podwórku. Wyciągamy bagaże i odchodząc smutnym wzrokiem spoglądamy na pozostawiony samochód. Czy jeszcze go zobaczymy? Kolejny cud. Znaleźliśmy naszą casa particular, czyli kwaterę, w której mamy spędzić noc. Właścicielka szybko wciąga nas do środka, tłumacząc, że z okazji obchodów rocznicy rewolucji nie można nocować turystów. Najwyraźniej kapitalistyczne pobudki zwyciężyły nad strachem. Zresztą taki absurd to kwintesencja Kuby.

Wieczorem dostajemy smsa, że w TVN pokazują obchody święta na Kubie i że nas nie było widać. To prawda, ale Fidela też nie było. Podobno ma się pojawić na paradzie wojskowej drugiego grudnia. My sądzimy, że prędzej pojawi się w prosektorium.


Hawana

2006-11-30

Rano budzi nas zapach kawy. Właścicielka – jak wszystkie dotychczasowe – bardzo miła. Pyta, co nam podać do jedzenia. A my na to wyciągamy kupiony na autostradzie ser. Widzieć jej zdumienie … bezcenne. Fakt posiadania wiejskiego sera uczynił z nas prawie Kubańczyków. Rozmawiamy o rocznicy rewolucji i życiu na Kubie. W tle widać włączoną pralkę, czyli murzynkę, która na metalowej tarce wyżyma bieliznę.

Wychodzimy na zewnątrz i od razu bucha na nas zapach Kuby, czyli specyficzna mieszanka smrodu rozkładających się śmieci i oparów ołowiowej benzyny. Decydujemy się na kilkukilometrowy spacer, żeby poznać miasto. Wszędzie na świecie psy upodabniają się do swoich właścicieli. Nie inaczej na Kubie, gdzie śpią na środku ulicy nie mając nic lepszego do roboty. Na jednej z ulic dochodzi do nas Prawdziwy Smród. Jest on Wszechmocny i przyćmiewa cały bogaty przecież bukiet dotychczasowych zapachów. To niechybny znak, że zbliżamy się do sklepu z mięsem. I rzeczywiście, kilkadziesiąt metrów dalej jest sklep. Oczywiście lodówek nie ma, bo kapitalistyczne i jeszcze zżerają bezcenny prąd. Przy ponad trzydziestostopniowym upale, mięso leży na kamiennej ladzie. Gwałtownie przechodzi mi ochota na mięsne posiłki, szczególnie, że przed sklepem wije się kolejka, w której wesoło kwitnie życie mieszkańców. Najwyraźniej niezawodna ewolucja w szczególny sposób zwęziła ich nosy, żeby mogli to wytrzymać.

Nagle wchodzimy do chińskiej dzielnicy. Budynki w kształcie pagody i wszechobecne chińskie restauracje i sklepy przywołują dziwne skojarzenia. Ale najliczniejszy naród świata musiał przecież dotrzeć i tutaj.

Przechodzimy koło słynnej fabryki cygar w sercu miasta i oczywiście zostajemy zaczepieni przez człowieka, który oferuje cygara „w promocji”. Odważnie idziemy za budynek i przez ciemne schody wchodzimy do środka jakiejś rudery. Sceneria idealnie nadaje się do filmu kryminalnego, w którym właśnie nadchodzi scena morderstwa głównych bohaterów. W ciemnym pokoju stoją już dwie inne osoby i po kolei wyciągają pudełka z cygarami. Oferują sprzedaż za połowę oficjalnej ceny naiwnie tłumacząc, że te cygara otrzymali w podarunku od rodziny robotników pracujących w fabryce cygar. Grzecznie dziękujemy i ku ich rozczarowaniu wychodzimy.

Wieczór. Siedzimy na jednym z miłych placyków i zapalamy Cohibę. W trakcie palenia zgasła. Chyba jednak nie jest oryginalna, chociaż kupiona w sklepie. Wokół rozciąga się malutka część wyremontowanej starówki, która tak okrutnie kontrastuje z całym miastem. Czekamy na pracownika polskiej ambasady, z którym umówiliśmy się przed wyjazdem. Popijając nienajgorsze piwo rozmawiamy o polityce, eksporcie niklu, turystyce, więźniach politycznych, Raulu i Fidelu oraz kilku innych sprawach, które wielu Kubańczyków wpędziły do więzień. Czujemy się swobodnie, podwędzeni cygarem. Cholerny brodacz, nieźle urządził tych wszystkich biednych ludzi. Na szczęście jego koniec jest bliski. Może już nie żyje?


Vinales

2006-12-01

Pobudka o trzeciej w nocy i dramat iście szekspirowski. Loperamid, no-spa czy bactrim? Oto jest pytanie. Jakoś dociągamy do rana. Przed wyjazdem dowiadujemy się, że Fidel jednak będzie na defiladzie wojskowej. Kolejny triumf medycyny.

Dwunasta godzina i jesteśmy znów w drodze. Postanowiliśmy zmienić klimat i jedziemy na zachodzi koniec wyspy do pięknej prowincji Pinar del Rio. A propos medycyny, to jednak no-spa i loperamid. Chociaż właścicielka kwatery zdecydowanie oferowała nacieranie nóg chińską maścią jako remedium na wszelkie dolegliwości brzucha. Na autostradzie zatrzymuje nas policjant. Podbiega zdyszany i pyta, czy podwieziemy jego kolegę. „Nie” – odpowiadamy zdecydowanie. Jedziemy dalej i widzimy kolejnego policjanta. Ten jednak jest dumny i pewny siebie. Jedzie bowiem na przyczepie ciężarówki, którą niechybnie sam w tym celu zatrzymał.

Po jakimś czasie znowu widzimy piękne góry i wijąca się serpentynami droga doprowadza nas do pięknego Vinales. Łatwo odnajdujemy kwaterę i po odświeżaniu się, wychodzimy na ganek. Jest piękny wieczór, nie ma hałasu i spalin, a z domku obok dobiega znajomo brzmiąca muzyka … Szpilmanna.


Hawana

2006-12-02

Jest drugi grudnia, czyli pięćdziesiąta rocznica rozpoczęcia rewolucji kubańskiej. A dokładniej pięćdziesiąt lat, od kiedy amerykański jacht Granma z Fidelem i osiemdziesięcioma dwoma innymi rozbójnikami przybił do brzegów Kuby. Był to początek końca dyktatury Batisty i początek rozpoczęcia dyktatury Fidela (i jego wesołego braciszka Raula). Zaiste miły dzień do świętowania.

Szybko podejmujemy decyzję, że nie wracamy do Hawany na defiladę wojskową, tylko jedziemy zwiedzać góry i jaskinie. Jest pięknie; robimy sporo zdjęć. Następnym przystankiem jest jedna z najstarszych na Kubie plantacja tytoniu Alexandro Robeina. Zwiedzamy ją z zaciekawieniem poznając misterny proces uprawy i obróbki tytoniu. Dowiedziałem się, że liście sortuje się na czterdzieści sześć typów, aby następnie pięć starannie wyselekcjonowanych stworzyło cygaro. Oczywiście proces krojenia liści i przygotowania cygara to również arcydzieło, co oglądamy chwilę później w fabryce cygar. Ukoronowanie wizyty jest spotkanie z samym Alejandrem Robeiną – sędziwym starcem, który z iskierkami w oku opowiada nam o historii swojej plantacji. Bystry Alexandro od razu poznaje w Magdzie duch dziennikarza, ale najwyraźniej mu to nie przeszkadza. Okazało się, że rozkwit plantacji był w okresie przed rewolucją, ale i obecny reżim ma słabość do znakomitych cygar.

Znowu na autostradzie; wracamy do Hawany. Na środku trasy zatrzymuje nas dwóch policjantów, którzy oznajmiają, że stanowią samozwańczy punto de control i że jechaliśmy za szybko. Brak jakichkolwiek znaków i środków do pomiaru prędkości powoduje, że rozmowa z nimi staje się dosyć szybko jałowa. Zrugaliśmy ich więc, żeby się odczepili. O dziwo, właśnie tak się stało.

Późnym popołudniem docieramy na Plaza de la Revolucion – miejsce parady wojskowej. Nad placem góruje ogromna wieża, przypominająca mi ciemną wieżę Mordoru z Władcy Pierścieni. Oczywiście jest to kolejne mauzoleum upamiętniające bojowników o wolność. Właśnie trwa demontaż trybun i wywożenie czołgów. Ogólnie jest bardzo romantycznie. Na przykład są billboardy z Fidelem, który wymachuje karabinem Kałasznikowa. Wieczorem lądujemy w hotelu, pierwszy raz wybierając hotel ponad nocleg w kwaterze prywatnej. W telewizji w kółko leci powtórka z obchodów rocznicy rewolucji. Są czołgi, moździerze, armaty. Ale Fidela nie ma. Nie pojawił się ani na chwilę, pomimo wcześniejszych zapowiedzi. Zamiast niego Raul gada jakieś głupoty, w które sam nie wierzy. Całość prezentuje się żałośnie.


Hawana – Varadero

2006-12-03

Po pysznym śniadaniu, jedziemy z powrotem do Varadero. Już na pierwszym skrzyżowaniu zatrzymuje nas policja. Pomimo protestów i ewidentnego bezsensu, płacimy mandat za rzekomy skręt bez uprzedniego zatrzymania. Sęk w tym, że przed skrętem zatrzymałem się, ponieważ nie byłem pewien gdzie mam skręcić. Policja w Hawanie ma za zadanie nakładanie jak największej ilości mandatów, które są cennym źródłem dodatkowych przychodów.

Docieramy do wypożyczalni aut i pojawia się ostatnie już wyzwanie, czyli jak wymyć samochód, w kraju gdzie nie ma myjni. Okazuje się, że odpowiednia ilość kursów z plastikową butelką po wodę z oceanu przynosowi skutek. Prawie jak czysty samochód oddajemy z powrotem i jedziemy do hotelu, który po trudach wyprawy jawi się jak ziemia obiecana.

Tak kończy się magiczna podróż po prawdziwej Kubie – krainie zanurzonej w oparach absurdu.