Na końcu świata pada deszcz

 

Habarana

2011-01-30

Samolot obniża wysokość i z góry widać charakterystyczny kroplowaty profil wyspy. Chwile później widać, że jest cała zielona szczelnie pokryta roślinnością. Na lotnisku pierwsza ciekawostka czyli sklepy z elektroniką. Nie chodzi bynajmniej o drobny sprzęt, ale o lodówki, telewizory i pralki. Ciekawe czy podróżni przy okazji kupują takie drobiazgi. Jest dobrze, bo nie tylko odbieramy nasz bagaż (co po dwóch przesiadkach zawsze jest miłą niespodzianką), ale też szybko spotykamy Alwisa, który będzie naszym kierowcą.

Na zewnątrz jest parno i nie dziwi nas wielki plakat faceta z wąsem na tle palm. Wizerunek prezydenta będzie nam towarzyszył wszędzie, co nie jest bynajmniej specyficzne dla tej wyspy. Wyruszamy w drogę a Alwis komentuje to co widzimy za oknem. Szczególnie podkreśla przemysł wytwarzania cegieł, a my spoglądamy na wykopane w ziemi piece i technologię zapoczątkowaną w Cesarstwie Rzymskim. Już wiemy, że Sri Lanka będzie nam się podobać. Pola ryżowe za oknem już płowieją. Znak, że zbiory wkrótce, a my … zasypiamy.

Budzi nas deszcz kiedy już dojeżdżamy do Habarana. Sama miejscowość to niewielki parterowych domków wzdłuż głównej drogi, ale skręcając w zarośla dojeżdżamy do hotelu. Obok wypasają się słonie a na tarasie szaleją makaki, jest pięknie. Ponownie zasypiamy już w łóżku i budzi nas huk. To deszcz i bardzo pasuje tu polskie określenie „oberwanie chmury”. Cały krajobraz odcina ściana deszczu. Trochę to dziwi w porze suchej, ale przecież potem powietrze będzie lżejsze. Odpływamy.


Sigiriya

2011-01-31

Wstajemy i o dziwo wciąż pada. To interesujące w środku pory suchej, ale zjadamy wesołe śniadanie i wyruszamy do Sigiriya. Tam na wielkiej płaskiej i samotnej skale znajdują się pozostałości po pałacu króla Kassapy. Jest to bardzo znane na SL miejsce i dziwi tylko, że wielbiony jest człowiek, który będąc bękartem, zabił ojca aby sięgnąć po władzę i zanim popełnił samobójstwo przez 18 lat władał królestwem z tej właśnie skały. Niemniej miejsce jest wyjątkowe, a na samą skałę wdrapujemy się po stromych metalowych schodach na których łatwo się poślizgnąć. Mi się to udało i spadając mogłem podziwiać nie tylko piękny krajobraz, ale także miłą tablice z informacją „Uwaga na ataki szerszeni!”.

Z powrotem w hotelu wybieramy się na przejażdżkę na słoniu wokół jeziora. Chociaż azjatyckie słonie są mniejsze od afrykańskich, to z każdym krokiem czuć moc. Dosłownie drży ziemia. Krajobraz sielankowy palmy, dzikie bananowce i mnóstwo ptaków wodnych.

Alwis zabrał nas do sklepu z alkoholem, który jak głosi tabliczka „obsługuje obcokrajowców”. Decydujemy się na butelkę arracka czyli lokalnego, powiedzmy, rumu wytwarzanego z kokosów.

Po południu wybieramy się na safari do parku Hurulu, bo Mineriwa i Kaudulla są zatopione. Tak, wciąż pada i lokalsi zaczynają przejawiać zdumienie nietypowym zjawiskiem. Sam park to raczej dzikie chaszcze, a trawy sięgają po dach jeepa. Za to w parku mieszkają licznie dzikie słonie. Będziemy je oglądać z bliska, kierowca wiedziony wizją napiwku zdecydował się dosłownie wjechać w słonicę z młodym i nie dał się przekonać, że mamy spory obiektyw. Wszystko było dobrze, dopóki z krzaków nie wyłonił się, a właściwie nie wybiegł, niewidoczny wcześniej samiec. Cała wstecz i kiedy słoń rósł w oczach a ja zastanawiałem się na którą stronę przewróci samochód, uderzenie nadeszło z tylu. Po prostu uderzyliśmy w innego jeepa, a huk kolizji stropił słonia, który zaniechał ataku.

Na kolację Alwis zawiózł nas do swojego kumpla, który miał bar. Jesteśmy jedynymi klientami i od razu ustalamy, że interesuje nas Sri Lankan super spicy curry. Żarcie jest boskie i przy okazji spotykamy innego kierowcę – Senthura – który jest tamilem z Point Pedro. Wypytujemy go o zakończoną wojnę domową, ale odpowiada oszczędnie i przyciśnięty wyjaśnia, że nie chce, żeby go jutro znaleźli martwego w rzece. Jakoś powiało grozą, więc skupiamy się na arracku.

Przez deszcz i wilgoć pojawiły się komary, dlatego gekona w pokoju witamy z radością i tak zadowoleni zasypiamy.


Polonnaruwa

2011-02-01

Pada. Wyruszamy do Polonnaruwa, gdzie przy ogromnym jeziorze znajdują się ruiny dawnej sławy króla Parakrama. Główny kompleks wpisany jest w kwadrat i stanowi piękny przykład architektury ceglanej. W przebłyskach słońca fotografujemy zmurszałe mury, podziwiając płaskorzeźby. Ciekawe jest nakładanie się Buddyzmu i Hinduizmu, na przykład w świątyni Thuparama Gedinge. Jedziemy jeszcze do Gal Vihara, gdzie w skale wykute zostały posągi Buddy w pozie stojącej, siedzącej i leżącej.

Lunch jemy po drodze i Alwis załatwia nam pikantny sos, ubolewając, że ostrość przygotowują dla turystów. To chyba dowód uznania. Kupujemy też trochę coli, bo wczorajszy arrack pity saute był trochę zbyt wymagający.

Mamy telewizor i od razu napotykam utrzymaną w konwencji teledysku formę, w której panie tańczą w sari a panowie latają wokół helikopterami. Osobliwe dosyć, ale okazało się, że to z okazji nadchodzącej 63. rocznicy odzyskania niepodległości.

Sprawdzamy o co chodzi z deszczem, bo zaczyna się robić malarycznie. Okazało się, że część kraju jest już pod wodą, a w Annuradhapurze w styczniu spadło 273 mm deszczu, przy średniej rocznej 40 mmm. Dobrze, że jutro tam jedziemy.


Vavuniya

2011-02-02

Nie jest dobrze, bo wciąż leje. W lokalnej telewizji widzimy mocno niepokojące obrazki i planszę „extreme weather”. Podczas ostatniej pory deszczowej, która skończyła się w połowie grudnia były już powodzie. Także teraz wody szybko wzbierają.

Po trzech dniach namawiania udało nam się przekonać Alwisa, żeby pojechać do tamilskiej części wysypy i najbliżej jest miejscowość Vavuniya. Po drodze rzeczywiście jest sporo wojska, mijamy bunkry, stanowiska ckmów i tak dalej. Niemniej chyba białasów nie zatrzymują, więc pomimo kiepskiej drogi przebijamy się sprawnie. Sporym problemem są miny, bo jak dowiadujemy się z lokalnej gazety usunięto już trzydzieści tysięcy, ale sporo jeszcze zostało. Pomagają obcokrajowcy, ale słyszymy też opowieści o pracownikach akcji humanitarnych, którzy bawią się w klubach Colombo zostawiając jednorazowo nawet tysiąc dolarów.

Zbliżają się wybory powszechne i ciekawa jest całościowa identyfikacja obozów. Plakaty opcji prezydenckiej są niebieski i mają symbol słonia, a opozycyjne zielone z symbolem liścia. Bardzo to czytelne, chociaż wiemy, że opozycja robi raczej za listek figowy.

Alwis twierdzi, że po półtora roku od zakończenia wojny miasto jest już znacznie odbudowane i ludzie wyglądają na szczęśliwych. Pytamy gdzie jest ośrodek dla uchodźców tamilskich, ale jakoś nikt nie chce podjąć tematu. Alwis odmawia rozmów o polityce i twierdzi, że nawet wśród rodziny to temat tabu. Jak mówi, na wybory chodzi i „robi co trzeba”, ale nie chce o tym rozmawiać. Jedyne co się dowiedzieliśmy, to głosy na partię prezydencką są pozyskiwane w zamian za worek z nawozem azotowym. Alwis twierdzi, że warto być po stronie rządowej, bo przeciętna pensja na SL to 200 dolarów, a wśród półmilionowej rzeszy urzędników to już 400 dolarów. Vavuniya nie jest typowym miejscem do zwiedzania, ale daje nam się wczuć w autentyczny klimat „pogranicznego” miasteczka.


Anuradhapura

2011-02-02

Docieramy do Anuradhapura, ale w strugach deszczu nie robi na nas dużego wrażenia. Najstarsza stolica SL była rozległa, ale nam bardziej odpowiadał kameralny klimat Polonnaruwa.

Wieczorem wracamy do Habarana i udajemy się na kolację do kolejnego magicznego miejsca, gdzie spotykamy czwórkę starszych Szwedów. Tak, też są zaskoczeni widząc białych. Jemy pyszne rice & curry, które ma rekordową liczbę osiemnastu dodatków. W pewnym momencie robi się poruszenia i kelner razem z kucharze zaczynają wypatrywać czegoś pomiędzy stołami. Pytamy czego szukają a oni niewinnie pytają czy nie wiemy gdzie jest wąż wodny. Okazuje się, że i owszem wypełzł z jeden z pobliskiej sadzawek i przemyka pod stołami. Nagle jeden ze Szwedów, najwyraźniej znacznie wzmocniony arrackiem, rusza na niego i chwyta za ogon. Niestety czyni to wpadając w niefortunny poślizg i niczym kulomiot rzuca węża w lot pięknej trajektorii. Szwed padł pomiędzy stolikami a wąż poszybował dalej. Chyba też się wystraszył.


Kandy

2011-02-03

Po wyspie jeździ się ciężko, a możliwe są wszelkie warianty wyprzedzania, zajeżdżania drogi, wymuszania pierwszeństwa itd. Dobrze, że mamy kierowcę. Jest trochę dramatycznie, po powódź przybiera na sile, ogłoszono stan wyjątkowy, a my miejscami szorujemy podłogą o wodę przecinającą drogę. Jeszcze dzień i będzie odcięta.

Zwiedzamy Dambullę, gdzie w wspinamy się do Gort w których wykuto liczne posągi Buddy. Jest ich mnóstwo i niektóre są bardzo piękne. W okolicy Matale zatrzymujemy się w spice garden. Jest to demonstracyjne uprawa przypraw i od razu ruszamy poprzez gąszcze, w których poznajemy tajniki uprawy cynamonu, szafranu, aloesu, gałki muszkatołowej, wanilii, curry, kurkumy i kakao. Okazuje się, że lokalna medycyna aruwedyjska pozwala ziołami leczyć wszystko od hemoroidów poprzez przeziębienie, reumatyzm, aż po wypadanie włosów. Robimy małe zakupy, bardziej w celach kulinarnych, bo smak i aromat przypraw jest niesamowicie intensywny.

Przybywamy do Kandy i nawet się trochę przejaśnia. Ulewa ustępuje i teraz mamy … już tylko zwykły deszcz. Miasto nas rozczarowało, bo jest raczej przaśne i hałaśliwe, natomiast pobliski hotel jest bardzo miły. Wieczorem wybieramy się na pokaz tradycyjnych tańców, ale to raczej geriatria. W przypływie optymizmu (lżejszy deszcz) potwierdzamy jutrzejszy trekking.


Trekking

2011-02-04

Wstajemy przed wschodem słońca i rozważamy rezygnację z trekkingu. Wciąż pada. Ostatecznie wchodzimy w to i przyjeżdża po nas Ravi, którego znalazłem przez Lonely Planet. Jest radosny i od razu uspakaja, że przecież większości pijawek unikniemy. Spoglądamy na bose nogi w sandałach i jakoś tak nam ostygł entuzjazm. Niemniej jeep wspina się w góry Knuckles Range, a my mamy spice garden na żywo. Ravi i jeszcze jego kolega pokazują nam mijane drzewa i zwierzęta i pomimo deszczu zrobiło się raźniej. Oglądamy z bliska gniazdo w kształcie ucha, w którym mieszkają pszczoły bez żądeł. Jak okazuje się, że one czasami próbują zakładać gniazda w ludzkim uchu, to odchodzimy pospiesznie. Pytamy czy mają dużo trekkingów i dowiadujemy się, że w tym roku był już człowiek … piszący przewodniki. Chłopaki narzekają na globalne ocieplenie i takie anomalie pogodowe jak dziś, które odstraszają rodzącą się z bólem turystykę.

Docieramy na plantacje herbaty i droga przepięknie wije się wśród krępych krzaczków, aż do wioski. Tutaj częstują nas herbatą słodzoną jakąś wydzieliną z palmy. Krzepi. Zaczynamy trekking i po paru kilometrach trafiamy do tamilskiej wioski ze szkołą. Tam stajemy się lokalną atrakcją i natychmiast trafiamy na imprezę do … pokoju nauczycielskiego. Ani się nie obejrzałem, a już mam w ręku kawałek ciasta i herbatę. Domek jest bardzo wielofunkcyjny. Jest globus, Budda, schematy medyczne, odczynniki, Jezus, mapy, lekarstwa i podręczniki.

Później po drodze natrafiamy na budowaną świątynię hinduistyczną i zostajemy uraczeni koncertem na flecie. Bardzo ładnie, ale żegnamy Brahmę, Winszu, Siwę i całą wesołą gromadkę.

Dalej wchodzimy w dżunglę i rzeczywiście od razu spotykamy pijawki. Jest ich tak dużo, że nawet specjalny spray na nogi, który mają chłopaki nie jest skuteczną ochroną. Przedzieramy się spory kawał, ale ostatecznie kapitulujemy, bo nas zjedzą żywcem.

Z powrotem trafiamy do jakiegoś domku, w którym znajomi Raviego ponownie częstują nas herbatą. Tutaj też jest wydzielina do słodzenia i dowiadujemy się, że to kitul hakuru czyli rodzaj soku z palmy.

Wieczorem w Kandy zwiedzamy świątynię, w której rzekomo znajduje się ząb Buddy. To jego z najświętszych miejsc tej religii i obiekt pielgrzymek od setek lat, ale my nie jesteśmy bardzo poruszeni.

Co gorsza próbujemy znaleźć jakieś miejsce do jedzenia, ale wszystko jest zamknięte. Nie ma nawet ósmej, a miasto wydaje się wymarłe. Pewnie z powodu święta niepodległości. Kończymy w niespodziewanie napotkanym KFC. To tak surrealistyczne spotkanie, że aż miłe w naszej sytuacji.

Wieczorem Alwis kupił nam arrack. Dobrze wyliczył, że poprzednia butelka już się skończyła. Dostajemy też gazety i dowiadujemy się, że m.in. że nie warto tutaj być dziennikarzem, bo w ciągu ostatnich dwóch lat zamordowano już dwudziestu siedmiu.


Nuwara Eliya

2011-02-05

Cud! Niebo jest zasnute chmurami, ale nic z nich nie cieknie. Opuszczamy Kandy i poprzez wkraczamy do Hill Country – królestwa herbaty. Droga jest kręta i wyraźnie się wspina. Flora zmienia się z wybitnie tropikalnej na bardziej umiarkowaną. Jak sięgnąć okiem widzimy zielone plantacje herbaty i pracujące tam kolorowo ubrane tamijki. Zatrzymujemy się w jednej z fabryk, gdzie zapoznajemy się z procesem produkcji herbaty. Nie jest złożony i wydaje się, że pozostał niezmienny od czasu kolonialnych.

Po drodze podziwiamy rozliczne wodospady: Ramboda, St. Clair, Devon, ale sama Nuwara nam się nie podobna. Chyba nie przepadamy za miastami, nawet tak małymi. Późnym popołudniem docieramy do Hatton, gdzie pośród bezkresnych plantacji herbaty na wzgórzu stoi nasz samotny bungalow. Niegdyś dom zarządcy plantacji, obecnie gości nielicznych turystów. W książce hotelowej znajdujemy wpis „cudowny kawałek raju na ziemi” i tak rzeczywiście jest.

Dworek jest w początku XX wieku i w pokoju znajdujemy trzy książki. Pierwsza z 1861 to „Historia naturalna Cejlonu”, druga z 1900 to „Złote porady – opis Cejlonu”, a trzecia wydana w 1909 nosi tytuł „Starożytny Cejlon”. Najciekawsza okazuje się być ta środkowa, ponieważ zawiera poruszające wyobraźnię opisy Henrego W. Cave’a, który „odkrywa” wyspę dla przyszłych plantatorów herbaty. Wieczorem czyta się to świetnie, a ponieważ jesteśmy jedynymi gośćmi, a za oknem hula wiatr, to cały domek mógłby służyć jako idealna sceneria dla horrorów.


Horton Plains

2011-02-06

Wstajemy przed świtem i wyruszamy na Koniec Świata (World’s End). Pogoda się pogorszyła, ale przez 3h drogi może się poprawi. Wspinamy się serpentynami coraz wyżej, czego dowodem są lokalsi noszący czapki i nauszniki.

Dojechaliśmy do parku i w tym momencie deszcz ustał. Wyruszamy na szlak, który bardzo przypomina nam Bieszczady. Płaskowyż Hortona jest bardzo urokliwy i miejscami prowadzi przez las a miejscami przez całkowicie otwarte przestrzenie. Mijamy kilku turystów, głównie lokalnych. Naszym celem jest oczywiście Koniec Świata czyli 900 metrowe urwisko z zapierającym dech widokiem. Jednak na Końcu Świata … pada deszcz.

W drodze powrotnej zwiedzamy jeszcze malutkie muzeum obrazujące historię i obecne cele parku narodowego. Swoistym memento czasów kolonialnych jest historia Anglika, który sam zastrzelił 1300 słoni. Pochowany został na wyspie i co ciekawe jego płytę nagrobkową dwukrotnie roztrzaskał piorun.

Wracamy i w Nuwara Eliya odkrywamy (dzięki Lonely Planet) pyszny bar z hinduskim jedzeniem. Postanawiamy, że na Adam’s Peak wejdziemy podczas zachodu słońca, bo przy tej mgle słynny cień obserwowany o wschodzie i tak nie będzie widoczny.

Tymczasem w naszym domku pojawili się turyści. Dokładnie parka około pięćdziesięcioletnich Amerykanów z Bostonu. Wydają się zarazem zdziwieni i uradowani naszą obecnością, my zresztą podobnie. Wdajemy się w miłą rozmowę przy winie na temat wyspy i naszych przeżyć. Okazało się, że Phil i Ann mieli wykupioną wycieczkę do Egiptu, ale z powodu zamieszek wyjazd został anulowany, a biuro podróży przesłało im folder o Sri Lance. Obejrzeli i stwierdzili, że to prawie jak Egipt tylko bez piramid i przyjechali. Obecnie aktualizują się z rzeczywistością.

Specyfiką naszego domku jest też obsługa. Trzech sympatycznych panów już pierwszego dnia powiedziało nam, że „tu nie jest jak w hotelu tylko zupełnie inaczej”. I rzeczywiście jest inaczej. Tego wieczora stwierdzili, że my za mało jemy i przyniosą nam zupę. Wyraźną odmową kwitowali swoim „don’t shy”. Udało nam się wprawdzie uniknąć zupy, ale przy pieczonych bananach daliśmy za wygraną. Nie muszę dodawać, że nie płaciliśmy za tą kolację. Miło jest na tej wyspie.


Pola herbaciane & Adam’s Peak

2011-02-07

Dziś mały kryzys, bo przez ten deszcz dopadło mnie małe przeziębienie. Niemniej wyruszamy poprzez wzgórza i doliny na plantację herbaty Kataboola, która należy do Dilmah. Pomimo wcześniejszych ustaleń, pojawiamy się tu niejako nieoczekiwanie, ale w samą porę na rozpoczęcie imprezy z okazji otwarcia nowej kantyny dla pracowników plantacji. Tym razem oprócz herbaty dostajemy też czerwony ryż i warzywa na ostro zapiekane w cieście (takie samosy). Jemy rękami, bo to jedyny sposób a jedzenie jest pyszne. Następnie razem z kierownikiem fabryki przechodzimy przez szybki kurs dla początkującego plantatora. I tak oglądamy zbieranie liści, ich suszenie, fermentowanie, kruszenie, sortowanie i pakowanie. Pytamy o warunki bytu tamilskich kobiet zrywających liście i wygląda na to, że następuje tu poprawa. Oprócz obowiązkowej na wyspie płacy minimalnej otrzymują też proste domy, wsparcie dla dzieci itd. W zamian jest dzienna norma szesnastu kilogramów liści i praca przez minimum 26 dni w miesiącu. Razem z premią za dodatkowe kilogramy robotnice zarabiają około 12.000 rupii (100 dolarów). Z jednej strony jest to bardzo mało i większość Tamilek dorabia sobie po pracy, ale z drugiej strony Kataboola Estate jest cenionym pracodawcą i nie jest w stanie zatrudnić wszystkich chętnych. Sama plantacja i związana z nią fabryka produkuje wysokiej jakości herbatę w ilości około 50 ton rocznie, a na aukcjach w Colombo płacą za nią średnio po 5 dolarów za kilogram.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w gustownej aptece, gdzie za równowartość niecałych trzech dolarów kupuję aspirynę, dziwne pastylki na gardło i dobrą na wszystko maść ajurwedyczną. Jedziemy w kierunku Adam’s Peak i podróż trochę potrwa. Męczy nas już ten deszcz, który towarzyszy nam dziewiąty dzień. Z drugiej strony Adam’s Peak owiane jest legendami jako miejsce, gdzie (a) wygnany z raju Adam postawił pierwszą stopę na Ziemi (wersja muzułmańska), (b) Budda zostawił ślad stopy (wersja buddyjska), (c) albo Siwa został odcisk stopy (wersja hinduska). Kolejny piękny przykład ekumenizmu.

Docieramy do Dalhousie i oceniamy sens wchodzenia na górę (pięć tysięcy schodków, trzy godziny wspinaczki). Otoczenie Adam’s Peak wygląda okropnie i bardzo kontrastuje z pięknem okolicy. We wspomnianej już książce Henrego W. Cave czytałem, że pod koniec dziewiętnastego wieku na Adam’s Peak wspinały się takie tłumy pielgrzymów, że powszechne były przypadku zasłabnięcia a nawet śmierci z wycieczenia w drodze na górę. Obecnie śmierć jest jak najbardziej możliwa, ale ze smrodu, który jest wszechogarniający. Nawet nie chcę myśleć jak jest podczas upalnego dnia, bo u podnóża góry rozpościera się istne miasteczko kramików serwujących potrawy wzmacniające pielgrzymów. Da się odczuć, że obecnie zbyt jest słaby i większość jedzenia leży tu od dawna. Ostatecznie z bólem serca, ale poddajemy się deszczowi i rezygnujemy z nocnego zdobywania góry.

Późnym wieczorem spotykamy Phila i Ann i dzielimy się wrażeniami z dnia. Oni wygrali, ponieważ spędzili łącznie sześć godzin w podróży do ogrodu botanicznego, w którym okazało się, że akurat nie kwitną żadne kwiaty. Niemniej nie tracą entuzjazmu i na pożegnanie rzucają: „Jak już znudzą wam się te egzotyczne podróże, a my jeszcze będziemy żyli, to musicie nas koniecznie odwiedzić w Bostonie”. Trochę nam ich żal, bo doświadczyli zderzenia cywilizacji.


Tissamaharama

2011-02-08

Słońce!!! Nie tylko nie pada, ale nawet widać kawałek błękitnego nieba!

Zostawiamy „don’t shy” i wyżynne plantacje kierując się na południe w kierunku pól ryżowych i palm. Robi się bardzo ciepło, co witamy z radością. Robimy przystanek w Mankada, gdzie zarządzana przez MJF (właściciel marki Dilmah) fundacja prowadzi ośrodek wspierania społeczności lokalnej. MJF dostarcza glinę i gwarantuje zakup wytwarzanych przez dzieci produktów garncarskich. Obserwujemy proces powstawania miseczki, a sami kupujemy kubki ze słoniami. Co ciekawe Mankada jest położona przy samym parku Uda Walawe, a dzikie słonie mamy dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Sama Tissa położona jest nad sporym jeziorem i prezentuje się jak typowe miasteczko, tyle że w okolicy jest sporo hoteli obsługujących turystów udających się na safari do parku Yala. Śpimy w rustykalnym domku a w pobliżu jest nawet mały basen. Wraz ze wzrostem temperatury geometrycznie zwiększyła się liczba insektów, ale gekony są niezawodne i zapewniają nam spokojną noc. Spokojną, ale nie cichą, ponieważ przez wątłe ścianki domu słychać zgiełk ptasich treli.


Yala

2011-02-09

Cud trwa, nie pada. Safari mamy zaplanowane po południu, więc udajemy się do miasta po lokalne gazety. Bardzo je polubiliśmy, bo pozwalają chociaż trochę wczuć się w życie wyspy. Interesujących tematów jest mnóstwo: powódź i stan wyjątkowy, dzień niepodległości, wybory lokalne, mistrzostwa świata w krykieta, chińskie inwestycje w przemysł portowy, rozminowywanie północy. Niemniej czterokilometrowy spacer w słońcu trochę nas wykończył i lądujemy w basenie.

Safari rozpoczyna się zgodnie z planem i przy wjeździe do parku jest całkiem, jak na dotychczasowe doświadczenia, tłoczno. Park Yala jest rozległy i piękny. Oglądamy sporo ptaków, jeleni, słoni, krokodyli, szakali i małp. Niestety nie udaje się zobaczyć pantery i czarnego niedźwiedzia, ale to gratka dla nielicznych. Niemniej safari jest bardzo przyjemne i pogoda dopisuje.

Alwis chciał już nasz pożegnać jako, że plan wyprawy się skończył. Jednak moja wersja miała dzień więcej, dlatego odbyłem kilka miłych rozmów z lokalnym biurem podróży. Oni naprędce zorganizowali brakujący nocleg „tam, gdzie było miejsce”. I tak właśnie okazało się, że jutro jedziemy do Rekawy.

Z powrotem w hotelu safari ciąg dalszy, bo okazało się, że oprócz licznych ptaków mamy też liczne węże. Jeden szczególnie upodobał sobie nasz domek, więc przeprowadzam inspekcję wewnątrz.

Niebo jest niesamowicie gwieździste, aż nienaturalnie widoczne są poszczególne konstelacje. Ptaki koncertują w najlepsze, a my zasypiamy szczęśliwi.


Rekawa

2011-02-10

Rano wyruszamy do Kataragama, gdzie znajduje się święte miejsce Buddyzmu i Hinduizmu. Miejsce przyciąga rzesze pielgrzymów i aby osiągnąć pełny ekumenizm zbudowano też meczet. W każdym razie każdy może tutaj przyjść za darami z kwiatów lotosu, owoców czy też kadzidełek. Jest też sporo krów i kóz, które beztrosko wylegują się przed świątyniami, a nad całością szaleją małpy. Słowem: pełna symbioza.

Jedziemy w kierunku wybrzeża wzdłuż parku narodowego Bandalla, które jest uroczym rozlewiskiem z lasem mangrowców i bogactwem ptaków. Kierujemy się do Rekawy, której nawet nie można nazwać wioską z powodu braku oznak jakiejkolwiek zwartej czy zaplanowanej zabudowy. Asfalt skończył się już, podobnie szuter i przedzieramy się teraz przez zagajniki i pola ryżowe, aby dotrzeć do … luksusowego hotelu. Widok Backingham Place w takim miejscu jest zupełnie surrealistyczny. Fajna ta pomyłka naszego biura podróży, bo jest to raj na ziemi. Świeżo otwarty hotel to kilka osobnych domków położonych na cyplu pomiędzy oceanem i zatoczką mangrowców. Poznajemy Nicka Backinghama, który postanowił osiąść na Sri Lance i tutaj dokonać swojego żywota prowadząc hotel. A hotel jest pięknie zaprojektowany i urządzony; kontrast z tym co doświadczyliśmy dotychczas jest ogromny.

Spuszczamy kajak do zatoki i płyniemy przed siebie. W tle widzimy rybaka, który na swojej łupince łowi ryby. Nie licząc jego, jak okiem sięgnąć nie ma nikogo. Płyniemy wzdłuż mangrowców podpatrując ptaki, a także bardzo dziwne latające ryby. Podpływamy też do rybaka, który szczerząc bezzębny uśmiech pokazuje nam sporą rybę. Jest bardzo przyjazny. Bajka.

Teraz jesteśmy na plaży po drugiej stronie. Siedzimy sobie pod palmami razem z krabami. To są słodkie istoty, bo niby się nas boją, ale jednak spoza nor wystają oczy umieszczone na czółkach. I tym razem jesteśmy sami.

Kolacja jest super i w końcu możemy wypić dobre wino. Relaksujemy się czytając książkę o faunie wyspy z pocieszającym „to nie prawda, że wszystkie węże na Sri Lance są jadowite”. Jest jakże praktyczna informacja, że po ukąszeniu należy szybko złapać węża i zanieść do szpitala, bo wtedy jest szansa na dobranie właściwej surowicy. Będziemy o tym pamiętać.

Rekawa jest miejscem, w którym często pojawiają się żółwie, żeby na plaży składać jaja. Są tu organizacje, które te jaja ochraniają przed miejscowymi i pozwalają żółwiom wykluć się i wrócić do wody. Dla tubylców z kolei, jaja żółwi od zawsze były pokarmem i zarazem cenioną walutą. Prosimy o obudzenie w nocy, gdyby żółwice się pojawiły, ale nie mamy szczęścia.


Tangalle

2011-02-11

Z żalem opuszczamy Rekawę, żeby po całkiem niedługo dotrzeć do Tangalle, gdzie chcemy spędzić ostatnie dni. Wcześniej zarezerwowaliśmy Palm Paradise Cabanas i wszystko się zgadza. Są palmy, są cabany i jest jak w raju. Z naszego domku mamy dokładnie 3 kroki do palm i 32 kroki do oceanu. Idziemy na plażę i jest bosko, bo pogoda chyba na dobre się poprawiła.


Tangalle

2011-02-12

Ale gorąco! Nie sądziłem, że słońce będzie mi przeszkadzać, po przygodach z deszczem. To już drugi dzień na plaży i robi się nudno. Na szczęście znalazłem porzuconą książkę Stiega Larssona i to na dodatek pierwszy tom trylogii. Schowałem się pod parasolem i zaczytałem. Po jakiś czterech godzinach okazało się, że tylko myślałem, że nie można opalić się przez parasol. Niestety zamieniłem się w kraba czyli jedna strona biała a druga czerwona.

Wieczorem na plaży impreza na całego. Zebrał się spory tłum (jakieś osiem osób) i w chatce zwanej barem serwują arrack z colą. Barman opowiada nam o swojej dziewczynie z Polski. Oczywiście parą byli tylko przez okres tygodnia, kiedy „Margarita” była tu na urlopie, ale jego serce wciąż boli. Dobrze, że mamy arrack. Około północy pojawia się policja, która każe przyciszyć muzykę, bo były skargi. Myślę, że chodzi o wczorajszą imprezę podczas której eksplozje petard były naprawdę donośne.

Zasypiamy jakby na plaży, pomimo tego, że jesteśmy w domku. Nasze ściany mają tylko półtora metra wysokości i następne półtora to dziura przez którą do domku wlatują świetliki. Także mamy taką ekologiczną dyskotekę.


Tangalle

2011-02-13

Wyruszamy do miasta po gazety. Nie sposób nie zauważyć domu, w którym urodził się ojciec prezydenta. Na tarasie strażnicy z karabinami a przed gankiem wielki pomnik ojca prezydenta, który zasłynął tym, że … jest ojcem prezydenta. Kupujemy The Island, która jako jedyna stara się obiektywnie relacjonować życie polityczne na wyspie.

Znowu piasek, plamy, kraby, arrack…


Okolice Tangalle

2011-02-14

Wyruszamy eksplorować okolicę Tangalle. Pierwszy cel to wytwórnia przedmiotów z brązu. Nasze brass works przypomniały mi dokument oglądany na Discovery, który pokazywał przejście ludzkości z epoki żelaza do epoki brązu. Tutaj mamy właśnie ten etap, niesamowite! Jeszcze bardziej zdumiały nas gotowe wyroby, bardzo pięknie wykonane z drobnymi elementami precyzyjnie wypalonymi i wspaniałym polerem. Wzbudza szacunek, że powstały w tak prymitywnych warunkach.

Następny cel to świątynia buddyjska Mulkirigala położona na skale. Wspinamy się z radością, by w środku zastać figury Buddy a na zewnątrz podziwiać panoramę. Jak okiem sięgnąć widzimy gęste lasy.

Wieczorem zaplanowałem niespodziankę i dosłownie porwałem Magdę do uprzednio zaaranżowanego tuk-taka, który w głębokiej tajemnicy przewiózł nas do … Backingham Place. Od razu wiedziałem, że to będzie miłe miejsce na walentynkową kolację. W romantycznym nastroju siedzimy sobie … w trójkę z Nickiem i rozmawiamy o … chińskich inwestycjach na wyspie. Gorącym tematem (wiemy z The Island) jest miliardowa inwestycja w port w Humbantocie. Powstała tam baza do rozładunku kontenerów z Dalekiego Wschodu, które potem mają być kierowane do Indii. Małym problemem, przeoczonym przy inwestycji, jest to, że statki z towarem do Indii nie chcą płyną na Sri Lankę, ale … do Indii. „Kto by się mógł tego spodziewać?” pytają dziennikarze w rządowych The Daily Mirror i The Sunday Times. Osobnym problemem jest zanieczyszczenie wody, którego bardzo obawia się raczkujący jeszcze przemysł turystyczny.


Dikwella

2011-02-15

Jedziemy na nurkowanie. Mam jedną kartę, na której w pięknych znaczkach jest napisane, gdzie mamy dojechać, a na powrót drugą kartę z namiarami na nasz hotel. Powinno się udać, myślimy łapiąc na stopa najbliższy autobus. Ponownie zostajemy rodzynkami wśród tubylców w autobusie, muzyka wali z ogromnych głośników, ale przecież ochraniają nas rozliczne figurki i proporce z Buddą.

Plan na zejście pod wodę to Japanese garden czyli stosunkowo płytko położony site z interesującymi roślinami i bogactwem ryb. Ja decyduję się tylko na snorkel, bo mam jeszcze trochę zapchany nos po lekkim przeziębieniu w Hatton. Niemniej dosyć szybko znajdujemy nie tylko Nemo, ale jego rozlicznych i bajecznie kolorowych kolegów. Oprócz nas jest jeszcze parka Włochów przy czym on Włoch jest około pięćdziesiątki, a ona Włoszka jest Rosjanką w naszym wieku. Całkiem mili.

Przeczytałem „Dziewczynę z tatuażem smoka”. 530 stron, ale było warto. Na urlop jak znalazł.


Tangalle

2011-02-16

Idziemy na strategiczne zakupy do lokalnego sklepiku. Kupujemy między innymi worek czerwonego ryżu, brązowe curry, żółte curry, szafran i chilli. Ryż był nawet w trzydziestokilogramowych workach, ale chyba byłby problem w samolocie.

Ostatni wieczór spędzamy znowu z Sunilem (ten co prowadzi bar na plaży) i chyba się trochę zaprzyjaźniliśmy. Opowiada nam o tsunami w 2004. Wtedy to w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia około dziewiątej rano otwierał swój bar, kiedy zauważył, że ocean się cofa. Tak o dwieście metrów, co było dziwne, ale jak stwierdził „OK.”. Chwilę później na horyzoncie zobaczył największą w swoim życiu falę i ocean zaczął wracać co było „Not OK.”. Sunil dobrze pamięta sprint którym pokonali dystans do najbliższego wzgórza i zniszczenia poczynione przez tą falę, a także dwie następne, już mniejsze. Na Sri Lance zginęło wtedy ponad trzydzieści tysięcy niczego nie spodziewających się osób, z czego prawie pięć tysięcy w Tangalle i okolicy. Do dziś nie odbudowano wszystkich domów. Patrzymy na rozbijające się u naszych stóp fale i jakoś czujemy się nieswojo.


Colombo

2011-02-17

Rano spotykamy się z Alwisem, bo okazało się, że to on odwiezie nas na lotnisko. Wyruszamy dosyć wcześnie, żeby po drodze zwiedzić fort w Galle i rzeczywiści warto. Zatrzymujemy się w ośrodku hodowli żółwi w Kaskoda, gdzie można np. trzymać w ręku jednodniowego żółwika z miękkim jeszcze pancerzem. Ośrodkiem szczyci się tym, że jedna czwarta wypuszczanych do wody żółwi przezywa, podczas gdy w warunkach naturalnych tylko co dwudziesty.

Do Colombo przyjeżdżamy po południu i mamy jeszcze spotkanie w biurze MJF Group, do której należy m.in. marka Dilmah. Okazało się jednak, że dziś jest pełnia księżyca co oznacza buddyjskie święto poya czyli dzień wolny od pracy a zajęty modlitwami i medytacją. Biuro jest zamknięte i mamy jechać do domu Dilhana, który w zarządzie grupy odpowiada za fundacje i działalność charytatywną. Tym sposobem znajdujemy się w okazałem willi na przedmieściach, gdzie służba natychmiast przynosi nam herbatę. Siedzimy na ratanowych fotelach w miłym cieniu i po jakimś czasie pojawia się nie Dilhan, ale jego ojciec.

Merrill J. Fernando jest założycielem i właścicielem MJF, a także bardzo szanowaną na wyspie postacią. Ten uroczy człowiek opowiada nam o swoim dzieciństwie i pracy na brytyjskich plantacjach herbaty, a następnie pierwszych samodzielnych krokach, kiedy w latach sześćdziesiątych zakłada własną piętnastoosobową firmę. W 1974 roku wpada na pomysł, aby nie tylko hodować krzewy herbaciane, ale w całości produkować i bezpośrednio eksportować już pakowaną herbatę. W ten sposób od imion synów – Dilhan i Malika – powstaje marka Dilmah, a imperium MJF rozwija się skutecznie konkurując z zagranicznymi koncernami jak Unilever właściciel marki Lipton. Obecnie jest to jedno z największych przedsiębiorstw na wyspie kontrolując ponad 10% upraw herbaty i znaczącą część jej eksportu. A Sri Lanka, pomimo swoich małych rozmiarów, pozostaje liderem w eksporcie herbaty, która wprawdzie nie najtańsza, ale cieszy się uznaniem koneserów ze względu na najwyższą jakość. Merrill jest dumny ze swoich osiągnięć, a my z niego.

Smutno jest widzieć wyspę, która widziana z samolotu ponownie zmniejsza się do rozmiarów zielonej kropli jakby zawieszonej gdzieś na krańcu Indii, a na końcu świata pewnie dalej pada deszcz.