Niezły Meksyk

Przylot

2010-03-18

Podróż do Puebla trwała łącznie 25 godzin, ale zarówno lot jak i przejazd autobusem były bardzo sprawne. Pierwsze wrażenie to ogrom miasta Meksyk. Lądujemy wczesnym wieczorem i niesamowity jest widok ponad dwudziestomilionowej aglomeracji, która rozlewa się na płaskowyżu ograniczonym stożkami wulkanicznymi. Plama świateł tworzy wrażenie zbyt dużego dywanu, który jakby bokami wchodzi na ściany pomieszczenia (góry). Co ciekawe to zabudowa jest raczej niska i poruszając się po mieście, nie odczuwa się jego obezwładniającej wielkości.

Na dworcu autobusowym w Puebli wita nas Monika z Elą i niebawem siedzimy już przy piwie w barze na dachu jednego z budynków przy Zocalo. Wypijamy naszą pierwszą Coronę zupełnie zaskoczeni niską temperaturą. Jak się przekonaliśmy w leżącym na wysokości 2200 m n.p.m mieście nocą bardzo spada temperatura. Wkrótce zasypiamy w hotelu, co nie jest łatwe, ponieważ w pokoju obok odbywa się jakaś meksykańska impreza. No nic, można powiedzieć, że zanurzamy się w języku hiszpańskim.


Puebla

2010-03-19

Wstajemy bardzo wcześnie, bo i tak na naszym piętrze robotnicy zaczynają kuć ściany. Tak kuć młotami. Najwyraźniej goście hotelowi powinni się podporządkować życiu hotelowemu i w niczym nie przeszkadzać. Dlatego też niezwłocznie wyszliśmy do miasta w poszukiwaniu śniadania.

Spotykamy się z dziewczynami, a plan jest taki, żeby wybrać się do pobliskiej Choluli. Przewodnik podaje cenę 200 pesos od osoby czyli 800 łącznie, ale po krótkiej negocjacji okazuje się, że 500 pesos też jest OK. I tak będzie tu już zawsze, że cena transakcji to połowa ceny podawanej wyjściowo. W oddalonej o kilkanaście kilometrów Choluli zwiedzamy piramidę, która była w okresie prekolumbijskim drugim największym ośrodkiem Azteków. Ruiny są rozległe, a na ich szczycie zbudowano kościół Nuestra Senora de los Remedios. Dodatkową atrakcją jest wspaniały widok z trzema wulkanami w tle. Są to wiecznie zaśnieżone Popocatepl („dymiąca góra” ostatnio aktywny w 2000) i Iztaccihuatl („biała kobieta”) oraz nieco mniejszy La Malinche.

Następnie jeździmy po okolicy zwiedzając bardzo urokliwe kościoły, jak na przykład Convento San Gabriel z wyraźnie widocznymi wpływami Maurów. Tutaj trafiamy akurat na imprezę z okazji świętych figurek obwożonych po kościołach. Słowo impreza jest precyzyjne, ponieważ uroczystość jest zdominowana przez odgłosy petard i sztucznych ogni. Same figurki to lalki z włosami ubrane odświętnie.

Zwiedzamy jeszcze piękne kościoły w stylu barokowym bogato zdobione we wzory indiańskie np. San Francisco de Acatepec czy San Bernandino de Tlaxcalacingo (strasznie długie są tu nazwy i zwykle mają ze dwie sylaby za dużo). Zdecydowanie najbardziej podoba się nam Santa Maria de Tonantzintla, gdzie widać malunki aniołów o indiańskich twarzach, kwiatów, ptaków i owoców tropikalnych. Po prostu tak raj wyobrażali sobie budujący świątynie Indianie.

Wracamy do Puebli, gdzie spożywamy chalupas (takie małe tacos) i wspinamy się na wzgórze z fortem Loreto. Tutaj mały zawód, bo do zwiedzania jest mało co a wspinaczka w upale daje się we znaki. Piwo na rynku wydaje się lepszą opcją i w takich właśnie okolicznościach poznajemy Nelsona. Pada zasadnicze pytanie „copa o comida” czyli mniej więcej czy skoczymy na kieliszek czy od razu na obiad. Wybór był banalny i chwilę później jedziemy już do baru w … Cholula, bo podobno to tam są najlepsze miejsca na wieczór, co niechybnie wiąże się z pobliskim campusem uniwersyteckim. Nelson daje nam próbkę meksykańskiego stylu jazdy, który polega na nieustannym rozmawianiu przez telefon i ciągłym gwałtownym zmienianiem pasów przy dużej szybkości. Trzeba przyznać, że inni kierowcy doceniają co ciekawsze manewry długimi światłami i klaksonem.

Uliczka z barami ciągnie się w nieskończoność, mijamy wdzięczne nazwy typu Bambucos i przybywamy do ulubionego baru Nelsona. Jako że przyjechaliśmy na jednego drinka … na stole ląduje Bacardi … butelka … litrowa. Pierwszy raz uczestniczę w imprezie na której kierowca pije najwięcej. Na uwagi, że Nelson mógłby chociaż pić co drugą kolejkę dowiadujemy się, że jazda po pijaku jest bezpieczniejsza. Logika jest taka, że Meksykanie normalnie pędzą jak wariaci, a po pijaku przyjmują bardzo bezpieczną pozycję czyli ręce na kierownicy a wyprostowane kciuki tworzą celownik wyznaczający azymut. Rzeczywiście tak jest. Niczym w pit-stop zatrzymujemy się na naprawdę ostre tacos i tak poznajemy piekielny sos habanero.

Wracamy do Puebla i tym razem nasz lokal to bardzo ekskluzywny klub z selekcją przy wejściu i opłatą za wstęp. Niewiarygodna jest ilość obsługi, na naszej sali naliczyłem 38 kelnerów czyli praktycznie po dwóch na każdy stolik.


Oaxaca

2010-03-20

Rano w wypożyczalni jesteśmy pozytywnie zaskoczeni, ponieważ jest tam już samochód, który zarezerwowaliśmy. Wprawdzie niezupełnie ten sam, ale jest w porządku. Autopista jest zadziwiająco dobra i wiedzie przez spieczone słońcem pustkowia pokryte kaktusami. Niesamowity widok dopełniają wulkaniczne góry, których najwyższe szczyty pokryte są śniegiem. Mijane rzeki są całkowicie wyschnięte i okolice wyglądają na mało przyjazne człowiekowi. Po jakiś trzech godzinach zjeżdżamy do doliny i kaktusy ustępują miejsca najpierw krzewom, a potem drzewom iglastym i liściastym. Przybywamy do Oaxaca bardzo płynnie, ponieważ ruch jest niewielki, pewnie z powodu opłat za autostradę.

Od razu ruszamy do Monte Alban – kompleksu ruin miasta Zapoteków. To nasze pierwsze zetknięcie z kulturami prekolumbijskimi, a kompleks jest rzeczywiście rozległy i robi wspaniałe wrażenie. Pomimo ponad trzydziestostopniowego wspinamy się na kolejne piramidy i podziwiamy piękną architekturę. Monte Alban położone jest na wzgórzu i wydaje się jakby unosić w chmurach. Ciekawostką dla nas jest boisko do gry w piłkę (pelota), która była bardzo poważnie traktowanym rytuałem. Kauczukową piłkę odbijano udami i ramionami starając się przerzucić ją przez kamienną obręcz. Zwycięscy mogli liczyć na łaski bogów, a przegrani żyli okryci wstydem albo życie kończyli.

Zbliża się zachód słońca i postanawiamy jechać do miasta skrótem przez barrios. Wkrótce zapuszczamy się w dzielnicę nędzy, która składa się z chaotycznie skleconych domków rozlewających się na wzgórzu. Dosyć szybko żałujemy wyboru drogi i staramy się bezpiecznie przejechać, co szczęśliwie się udaje na chwilę przed zapadnięciem zmroku.

Sama Oaxaca wygląda zupełnie inaczej niż Puebla. Już nie jest tak czysto i grzecznie, raczej na każdym kroku jest nazwijmy to swojsko. Miasto ma charakter, a my przedzieramy się przez gęstą sieć uliczek, gdzie sprzedaje się mydło i powidło. Budynki są bardzo kolorowe, zatłoczone i takie autentyczne. Natychmiast wyruszamy na zocalo, gdzie w knajpce testujemy tamal czyli miejscową wersję gołąbków z liście bananowca zamiast kapusty. Całość oczywiście intensywnie skropiona salsa habanero. Mocno zmęczeni wracamy do hotelu, gdzie na dachu pomiędzy kaktusami zlokalizowany jest mały barek z pięknym widokiem na miasto. Podziwiamy wspaniały pokaz sztucznych ogni już nawet nie zastanawiając się z jakiej to okazji. Nabieramy przekonania, że w Meksyku po prostu świętuje się codziennie.


Dolina Oaxaca

2010-03-21

Okazało się, że wczorajsza impreza związana była z wigilią urodzin Benito Juareza, indiańskiego przywódcy Meksyku i wielkiego Zapoteka prowincji Oaxaca (choć miał tylko 135 cm wzrostu). Chyba z okazji święta nie mamy prądu i bardzo przydaje nam się latarka czołowa. Za to śniadanie na dachu jest przepyszne i we wspaniałym nastroju wyruszamy eksplorować dolinę.

Pierwszy przystanek to Tula, gdzie podziwiamy niewiarygodnych wprost rozmiarów Cyprys. Drzewo ma 2000 lat i przy 45 metrach obwodu pnia może niewątpliwie zawstydzić nasz dąb Bartek. W Tlacochahuaya zwiedzamy stary kościół, który jednak jest w trakcie remontu.

Następnym punktem jest Teotitlan del Valle – centrum tkactwa Zapoteków. Wyroby są bardzo piękne i zatrzymujemy się przy jednym z małych zakładów w poszukiwaniu małego dywanika. Tu stajemy przed wielkim dylematem, ponieważ dwa najładniejsze wzory przedstawiają boga szczęścia albo boga miłości. Musimy wybrać i stawiamy na miłość. Przy okazji zwiedzamy warsztat i poznajemy cały proces wytwarzania naturalnych barwników roślinnych i skalnych oraz produkcji tkanin (nasz dywanik to 3 tygodnie pracy). Dowiadujemy się, że obecnie w regionie jest bardzo mało turystów, którzy raczej wybierają plaże Jukatanu. Jedziemy dalej i zajeżdżamy do Tlacolula, gdzie odbywa się cotygodniowy niedzielny targ. Bardzo barwny plener przypomina nam znajome klimaty Azji.

Przyjeżdżamy do Mitla, gdzie znajdują się ruiny cywilizacji Zapotekow i Mizteków. Tym razem mamy do czynienia z mniejszymi zabudowaniami, które za to są bogato pokryte kamiennymi szlaczkami o różnych wzorach. Chociaż Mitla przejęła od Monte Alban funkcję „stolicy” około VIII wieku, jednak nie wygląda tak imponująco. Następny cel do Hierve El Agua. Byłem uprzedzony, że dojazd jest trudny, ale wspinaczka wąską górską, krętą i piaszczystą drogą dostarcza intensywnych przeżyć. Dość powiedzieć, że Kanadyjczycy z jeepa, który jechał przed nami powitali nas na górze gromkim „Wow, you made it!”. Było warto, ponieważ zastygnięty w wapiennej skale wodospad (dosłownie wrząca woda) wygląda nieziemsko.

W drodze powrotnej do Oaxaca udaje nam się jeszcze pojechać do Yagul, gdzie zwiedzamy stanowiska archeologiczne położone na niewielkim wzgórzu. Pokryta kaktusami okolica i późna pora dnia dają nam piękny widok, zdecydowanie ciekawszy niż w Mitli.

Dygresja 1

Jazda samochodem jest dużo łatwiejsza niż czytałem. Generalnie drogi są w dobrym stanie, chociaż prawdziwą zmorą są topes (progi) w które co jakiś czas uderzamy. Za to pasy są raczej luźną rekomendacją producenta drogi i nie obowiązują kierowców. Szybko przekonałem się, że topes są idealnym miejscem do wyprzedzania ciężarówek i autobusów, które muszą na nich zwalniać praktycznie do zera. Niemniej kierowcy tirów bardzo często zwalniają i zjeżdżają na pobocze dając ręką znak, żeby ich wyprzedzać. To miła różnica w porównaniu z Polską. Policji jest wszędzie sporo, natomiast nie bardzo wiadomo w jakim celu. Jak dotąd nie mieliśmy żadnej kontroli policyjnej i tak już pozostanie do końca podróży.


Nad Pacyfik

2010-03-22

Dzień zaczynamy tradycyjnie od śniadania na dachu i z żalem opuszczamy Oaxaca kierując się nad ocean. Do pokonania mamy 300 kilometrów i pasmo górskie Sierra Madre del Sur. Z początku droga jest bardzo przyjemna i jedziemy w tradycyjnym towarzystwie samochodów policji na sygnale (tak dodają sobie kurażu) i ciężarówek wojskowych z obsadzonymi stanowiskami karabinów maszynowych. Po około dwóch godzinach przechodzimy kontrolę wojskową, głównie pod kątem przemytu narkotyków. Żołnierze okazują się bardzo mili chociaż posterunek kontroli wygląda jak z filmu Rambo. Okopy i worki z piaskiem, wycelowane w nas karabiny z walającymi się taśmami z amunicją. Zaczynają się schody czyli początek krętej wspinaczki z niezliczoną wprost liczbą zakrętów i już po kolejnych czterech godzinach zjeżdżamy nad wodę.

Puerto Angel okazuje się małą rybacką mieściną, ale to metropolia w porównaniu z Mazunte. Właśnie tu przyjeżdżamy i mamy wrażenie, że jesteśmy na końcu świata. Taka zapomniana miejscowość z domkami dla hipisów i joginów. Nasz bungalow jest położony na wzgórzu tuż nad wodą – Alta Mira czyli wysoki widok. Natychmiast rozwiały się nasze wątpliwości, ponieważ jest pięknie. Znajdujemy się nad małą skalistą zatoczką z praktycznie prywatną plażą, a jak okiem sięgnąć widać spienione wody Pacyfiku.

Nie marnujemy czasu i w okamgnieniu jesteśmy już w wodzie, żeby przekonać się, że prądy są potężne. Jedna z fal porywa Madzika (byliśmy na głębokości max pół metra), który wynurza się po dłuższej chwili dobre kilka metrów dalej. To nam dało do myślenia i jesteśmy już uważni.

Wieczorem rozsiadamy się leniwie na tarasie i dostajemy najlepsze podczas tego wyjazdu camarones (krewetki). Starczyło nam jeszcze siły na zwiedzenie całego miasteczka (łącznie może pół kilometra) i znaleźliśmy oczywiście kafejkę internetową. To nie dziwi, bo mamy przekonanie, że w każdym dzikim miejscu na świecie jest zawsze internet i coca cola. Skończyły nam się już rezerwacje noclegów i wyszukujemy hotele na dalszą część podróży. Patent jest bardzo dobry, ponieważ pozwala nam elastycznie planować kiedy i gdzie dalej jedziemy. Znakiem czasu jest to, że dokładnie wszyscy klienci kafejki siedzą na facebooku i tutaj na odludziu pozostają online.

Wracamy do domku przedzierając się przez krzaki i mijając niewielki cmentarz (groby tutaj wyłożone są kafelkami, takimi łazienkowymi, może to pomysł na nowe linie ceramiki w Polsce) wracamy do chatki.

Oczywiście już na nas czekają. Jest ich dwóch, ale sprawne uderzenia klapkiem pokazują kto tu rządzi (la cucaracha). Gasimy światło i dochodzi do nas potężny odgłos uderzających o plażę fal. W górze gwieździste niebo, a my odpływamy…


Mazunte

2010-03-23

Śniadanie mamy ornitologiczne i pierwszy raz widzimy m.in. kolibra spijającego nektar kwiatowy. Plan na dzień to zupełny chillout i tak właśnie robimy. Spacerujemy po plaży, gdzie występuje jedynie młodzież z dredami i brodami. To ci od jogi i wolnego Tybetu. Nazywamy ich Jezusami, którzy najwyraźniej przyjechali tutaj w związku z przygotowaniami do wielkiego tygodnia. Ogólnie mocno wyluzowane towarzystwo. Siadamy w barze na plaży i zamawiamy pinacolada i cuba libre. Drinki są chyba bez alkoholu i poprosiliśmy kelnera, żeby je wzmocnił. Z kuchni dobiegł tylko śmiech i po małej poprawce dostaliśmy takie siekiery, że aż miło. Co ciekawe siedząc w barze kupiliśmy tacos od babci, która sprzedawała je z wiadra chodząc po plaży.

Wylegujemy się na hamakach, które są dosłownie w każdym barze. Taki będzie ten dzień, aż do późnego wieczora.


Nurkowanie

2010-03-24

Z samego rana jedziemy do pobliskiego Huatulco, gdzie są piękne miejsca do nurkowania. Jakoś udało się znaleźć bazę nurkową, bierzemy sprzęt i płyniemy łódką na spot. Niestety mam spore problemy z regulacją ciśnienia. Wielokrotnie próbuję zanurzania, ale ból jest nie do wytrzymania. Ostatecznie puszczam krew nosem i to chyba koniec. Niestety pół dnia spędzam na łódce, a reszta robi pierwsze zejście a po zmianie spotu także drugie. Madzik radzi sobie super, szczególnie że pod moją nieobecność do pary dostała instruktora.

Po południu znowu jesteśmy na plaży i skaczemy przez olbrzymie wprost fale. Jak dowiaduję się od jednego Francuza, dwa dni wcześniej utopiła się tutaj dziewczyna, która również skakała przez fale. Nawet nie zdołali jej znaleźć. Rzeczywiście prąd jest bardzo silny i najwyraźniej zmieniają się pływy.

Wieczorem na naszym ulubionym tarasie zjadamy najlepszy grillowany stek z tuńczyka. Obok mali surferzy próbują swoich sił ćwicząc podstawowe ewolucje. Nieopodal jezusy przypalają ziółka i przenoszą się do Tybetu. Jest wspaniale. Będzie nam brakować bliskości tego potężnego oceanu.


Chiapa de Corzo

2010-03-25

Dzisiaj mamy spory przejazd do prowincji Chiapas. Wyjeżdżamy przed wschodem Słońca i bardzo sprawnie pokonujemy 500 km, żeby po ośmiu godzinach znaleźć się w Chiapa de Corzo. Niestraszny nam upał dochodzący do 37 stopni, ani liczne patrole wojskowe. W Chiapa mamy umówiony wywiad z organizacją Fiech, która wspiera plantatorów kawy fair trade i promuję własną markę Biomayo. Potem znajdujemy hotel i zwiedzamy miasto, w którym w zasadzie nie ma nic do zwiedzania. Jutro rano planujemy wycieczkę do kanionu i postanawiamy trochę się wyspać.

Dygresja 2

Biali wyraźnie są w Meksyku lepiej postrzegani. Większość reklam ulicznych przedstawia wysokie białe blondynki co nieco zastanawia w społeczeństwie niskich, ciemnych brunetek. Identyczne wrażenia mamy za każdym razem, gdy widzimy reklamy w telewizji.


San Cristobal de las Casas

2010-03-26

Na spływ czekamy dwie godziny, bo cały czas zbiera się grupa. Jesteśmy już przyzwyczajeni do czekania i po prostu siadamy w pobliskim barze na bardzo długie śniadanie. W końcu razem ze szkolną wycieczką pakujemy się na łódkę i płyniemy w kierunku Canon de Sumidero. Widok robi niesamowite wrażenie, bo wysokie na kilometr skały wpadają do wody pionowo tworząc kanion z wąskimi przejściami. Podobno podczas podboju hiszpańskiego Indianie skakali z tych skał nie chcą dać się złapać. Na brzegach widać krokodyle i cieszymy się, że siedzimy bezpiecznie w łodzi.

Dzięki nowej drodze już w 1,5h dojeżdżamy do San Cristobal de las Casas, które okazuje się być prawdziwą „metropolią”. Po raz pierwszy daje się zauważyć sporo białych turystów, prawie Europejskie bary i ogólnie jest bardzo porządnie. S.C. jest położone ponad półtora kilometra wyżej, dlatego temperatura spadła o 12 stopni – do równych 20. Pierwszy raz wyzwaniem okazuje się zaparkowanie samochodu, coś niebywałego.

Hotelik jest bardzo miły i wygłodniali znajdujemy lokal z … zupami. Tlalpeno okazuje się pożywnym wywarem z tortillami, warzywami i różnymi rodzajami paprykami. W naszej części świata służyło by to raczej do wypalania dziur w metalu, ale tutaj jest po prostu dobrze przyprawioną zupką. Mniam, mniam. Rozpoczynamy zwiedzanie od razu kierując się w stronę dużego targu z rękodziełami ludów Tzotzil i Tzeltal (podobno). Trzeba przyznać, że jest mocno komercyjny i postanawiamy kupić coś raczej w okolicznych wioskach. Ciekawostką jest, że w okolicznym kantorze pierwszy raz wymieniam dolary po takim kursie jak podany w witrynie. Dotychczas zawsze dostawałem kurs gorszy albo lepszy, ale nigdy nie taki jak było napisane. Zwiedzamy dalej, ale niestety zarówno wspaniała katedra jak i kościół Santo Domingo są akurat remontowane. Za to znajdujemy kawiarnię z „naszą kawą” Biomayo, która smakuje wspaniale. Zapada już wieczór i włócząc się po wąskich uliczkach trafiamy na deptak Miguel Hidalgo, gdzie znajdujemy najlepsze w życiu tacos de arranchera. Towarzysząca potrawie salsa habanero dosłownie mnie zatyka. Ostatni raz coś tak ostrego jedliśmy w Tajlandii. Czujemy się cudownie. Do naszego stolika przybiegają dzieci sprzedające gliniane figurki zwierząt. Jest wielki ptak, małpiatka i pancernik. Bierzemy całą gromadkę.

Dochodzące z zocalo odgłosy imprezy zaintrygowały nas i okazuje się, że dzisiaj w S.C. są wybory uwaga … Międzynarodowej Miss Opalonej Skóry. W rytmie mocnego disco na wybiegu prezentują się dziewczyny z krajów Ameryki Centralnej i Karaibów. Trzeba przyznać, że impreza idealnie wpisuje się w atmosferę wielkopostnego wycisz

enia, jako że akurat za tydzień jest Wielki Piątek. W każdym razie ja głosuję na dziewczynę z Costa Rica.


Wioski Chiapas

2010-03-27

Plan na dzisiaj to wioski otaczające S.C. Zaczynamy od Chamula, gdzie na głównym placu przed kościołem trafiamy na barwny pochód. Indianie są ubrani w charakterystyczne czarne, mechate futro-poncha. Kobiety mają futro-spódnice, a część jest ubrana w białe futra (trochę jak człowiek-niedźwiedź w Zakopanem) i wyplata palemki. Trasą pochodu udekorowano liśćmi palmowymi, gra muzyka, ludzie śpiewają, strzelają petardy i kłębi się dym z kadzidełek. Czyżby Sobota Palmowa? Przed samym kościołem procesja jest witana przez mniejsza grupę i najwyraźniej odbywa się znany wszystkim rytuał. Dopytujemy o co chodzi i okazuje się, że uczestniczymy w …. wyborach sołtysa. To stanowisko jest równoważne ze zwierzchnictwem religijnym stąd płynne połączenie elementów świeckich i duchowych.

Następnie udajemy się do Zinacantan, gdzie można podobno podziwiać piękny kościół i Indian w obszernych słomkowych kapeluszach przyozdobionych kolorowymi wstążkami (Loonely Planet). Nie znajdujemy tam jednak nic ciekawego i absolutnie nikt nie chodzi w słomkowym kapeluszu.

Wracamy na lunch do S.C., ale ciągnie nas dalej. Dlatego ruszamy w przeciwnym kierunku czyli do Tenejapa, gdzie można podziwiać ludowe drewniane domki. Znowu pech, bo w samej wiosce okazuje się, że nikt o tych domkach nie słyszał.

W jednym ze sklepów przeglądamy wisiorki ze znakami zodiaku Majów. Po datach urodzin sprawdzamy nasze znaki: ryba piła dla Madzika i jaguar dla mnie i niewiarygodne jest to jak bardzo pasujący jest opis. To aż niepokojące, ale decydujemy się na zakup.

Wieczór w S.C. jest chłodny (2200 m n.p.m.), ale zocalo tętni życiem. Indianie dekorują szczelnie cały plac swoimi kramikami i ku naszemu zdziwieniu udaje im się znaleźć nabywców na najbardziej absurdalne i niepraktyczne rzeczy. Taki jarmark wiejski i cepelia w jednym.

Dygresja 3

W Meksyku wydaje się, że każdy trudni się handlem ulicznym. Na każdym kroku jesteśmy nagabywani przez ludzi oferujących najbardziej absurdalne rzeczy. Kolorowe figurki, wielkie lizaki, żywe psy czy koniki na biegunach.


Palenque

2010-03-28

S.C. żegna nas procesjami niedzieli palmowej i bardzo uroczy jest widok ubranych w ludowe stroje mieszkańców niosących prawdziwe palemki. Pokonujemy ciężkie 4h drogi i z gór (13 stopni) zjeżdżamy do dżungli (32 stopnie). Po drodze zatrzymujemy się w Agua Azul czyli kaskadowym wodospadzie, który przepięknie meandruje w sercu dżungli. Robimy niezłe zdjęcia, ale tłum meksykańskich turystów trochę nas odstrasza. Podobnie jest z pobliskim wodospadem Misol Hua, który jest z kolei wąski, ale spada ze znacznej wysokości. Ciekawe jest to, że obydwa wodospady mają po dwa punkty poboru opłaty. Pierwszy to oficjalny rządowy, a drugi to partyzantów – Zapatystów. W prowincji Chiapas wciąż tli się powstanie Zapatystów i nie zawsze jest jasne kto naprawdę kontroluje ten teren.

Ruiny Palenque muszą robić wrażanie na każdym, kto tutaj trafi. Położone w lesie majestatyczne budowle prezentują się wspaniale. Wdrapujemy się na rozliczne piramidy i inne zabudowania podziwiając dziedzictwo króla Pacala. Jest to zupełnie inne wrażenie niż Monte Alban, Mitla czy Yagul, ponieważ tutaj budowle „żyją” w harmonii z lasem. Turystów jest sporo, chociaż znowu większość stanowią Meksykanie. Wyjeżdżamy już pod wieczór kiedy z dżungli dobiega ryk dzikich zwierząt. Brzmi jak jaguar, ale może to nasza wyobraźnia.

Zatrzymujemy się w polecanym w przewodnikach hotelu, o którym wspomnę tylko tyle, że jeśli w ogóle miał kiedykolwiek lata swojej świetności to musiało to być bardzo dawno temu. No nic, na następną noc wcale nie mamy hotelu, bo wciąż zastanawiamy się jak daleko na północ dojedziemy.


Catemaco

2010-03-29

Dzisiaj ma być dzień przejazdu z powrotem w kierunku Puebla. Ruszamy rano i w miarę szybko dojeżdżamy do Villahermosa, gdzie chcemy zwiedzić Museo La Venta. Położone pod chmurką muzeum okazało się być wspaniałym parkiem-lasem w centrum miasta. To unikalne miejsce gęsto zarośnięte przez dżunglę z mnóstwem ptaków i małpiatek nad nami. Natomiast na ziemi mamy wspaniałą trasę z rzeźbami kultury Olmeków. Są to przeważnie potężne kilkutonowe bloki skalne ociosane na kształt głów, postaci ludzkich i rytualnych ołtarzy. Kultura Olmeków jest bardzo stara i wrażenie robi to, że niektóre rzeźby mają przeszło dwa tysiące lat. Jest to jedno z piękniejszych muzeów jako można sobie wymarzyć.

Znowu na trasie, która wygląda jakże inaczej niż to co widzieliśmy dotychczas w Meksyku. Ta część kraju położona nad Zatoką Meksykańską jest rozległą i płaską niziną o bardzo podmokłej strukturze. Jak okiem sięgnąć ciągną się bagna i podmokłe tereny z mnóstwem brodzącego ptactwa. Popularnym środkiem transportu są konie i widok kowbojów jest wszechobecny. Ciekawie wyglądają miejsca parkingowe dla koni ulokowane przed sklepami i domami. Taki meksykański western. Po jakimś czasie mijamy Coatzacoalcos (miejsce węży) i Minatitlan czyli przemysłowe serce wydobycia ropy naftowej. Już z drogi widać las szybów, niezbyt miły widok.

Dobrze stoimy z czasem i podejmujemy decyzję, żeby dojechać do Catemaco. Ważne jest to, żeby do tego położonego nad piękną laguną miasteczka dojechać przed zmrokiem, ponieważ położone jest raczej na uboczu. Prawo Murphiego działa niezawodnie i oczywiście trafiamy na blokadę jedynej drogi. Okazuje się, że doszło do wypadku i nie wiadomo kiedy przejazd zostanie odblokowany. Jeden z samochodów przed nami ma rejestrację z Veracruz i walizki na dachu. Niechybnie wraca z urlopu i powinien jechać w tym samym kierunku. Rzeczywiście jest lekko zaskoczony kiedy wybiegam z samochodu, żeby go zatrzymać kiedy on próbuje zawrócić. Niemniej zgodził się wyprowadzić nas na objazd do Catemaco. Chwilę później przedzieramy się przez szutrowe drogi, a nasz „przewodnik” sam nieco zagubiony co jakiś czas dopytuje o drogę. Robi się już dosyć późno kiedy w końcu wracamy na właściwą szosę. Ostatni odcinek przejeżdżamy bardzo szybko i udaje się nam dojechać idealnie na zachód słońca. Widok laguny z łodziami rybackimi i małymi wysepkami jest piękny i w miarę szybko znajdujemy hotel nad samą wodę. Trzeba jednak zaznaczyć, że kolejny już raz jesteśmy zdumieni tym jak Meksykanie potrafią szkaradnie budować w pięknych przyrodniczo miejscach. Catemaco to pięknie położona laguna, a samo miasteczko to w zasadzie jedna ulica tworząca bulwar. Niemniej położone przy nim hotele i restauracje są raczej brzydkie. Niemniej na kolację ochoczo zajadamy znaną już rybę mojarra.


Powrót do Puebla

2010-03-30

W nocy słyszymy odgłos jaszczurek, które mieszkają w otworach klimatyzacyjnych naszego pokoju. Wstajemy wcześnie, żeby wyruszyć w rejs łodzią po jeziorze. Warto, bo okolica jest bardzo urokliwa. Dzień dopiero się budzi, a rybacy już dziarsko zarzucają sieci. Wokół morze zieleni i mnóstwo ptaków.

Znowu w drodze jedziemy przez niziny i rozlewiska wokół pięknego mieszaczka Tlacotalpan, którego kolorowa zabudowa słusznie trafiła na listę Unesco. Z czasem krajobraz zmienia się na wyżynny i czeka nas jeszcze trawersowanie najwyższego pasma gór Meksyku w okolicach miast Cordoba. Okolica ta słynie z upraw wysokogatunkowej kawy, która jest sprzedawana na poboczu. Wrażenie robi majestatyczny Pico de Orizaba, zaśnieżony najwyższy szczyt Meksyku.

W Puebla mocno błądzimy w poszukiwaniu wypożyczalni, ale w końcu udaje nam się oddać samochód. Niemiłym incydentem jest de facto zmuszenia mnie do podpisania dokumentu, z którego wynika, że samochód jest uszkodzony i wymaga naprawy. Wykupiłem pełne ubezpieczenie, więc chodzi oczywiście o darmowe załatwienie poprawek lakierniczych na koszt ubezpieczyciela. Mam spory dylemat moralny, ale ostatecznie zadecydował brak czasu. Niemniej po całej wyprawie, która przebiegła wspaniale, był to nieprzyjemny zgrzyt. Natychmiast poprawiamy sobie nastrój na wspaniałej kolacji w jednej z knajpek przy Avenida Juarez.

W hotelu oglądamy CNN Mexico i jestem zdumiony istnieniem takiego kanału. Najwyraźniej ponad 100 mln populacja tworzy wystarczający rynek dla hiszpańskojęzycznego kanału. Wiadomości są pozytywne, bo w nocnych porachunkach gangów narkotykowych zginęło tylko 10 osób. To stosunkowo spokojny wieczór dla północy kraju. Dodatkowo na duchu podnosi informacja, że FARC (bojówki kolumbijskie) uwolniły jednego z porwanych żołnierzy armii rządowej. Nawet ładnie się nazywa – Pablo Emilio Moncayo. Szkoda, że dopiero po 12 latach.

Dygresja 4

Niesamowite jest wprost zróżnicowanie meksykańskich krajobrazów od nadmorskich mokradeł, poprzez rozległe łąki i pastwiska, tropikalne dżungle, wyżynne prerie pokryte kaktusami, aż po wysokie góry spowite wiecznym śniegiem.


Wypad do Gwatemali

2010-03-31

Autobus do Gwatemali odjeżdża o 15, więc mamy jeszcze czas na spacer po Puebli, która teraz jawi nam się jako szczyt cywilizacji. Przez ostatnie dwa tygodnie trochę odwykliśmy od takich luksusów. Włóczymy się po mieście podziwiając liczne kościoły i zabytkowe budynki ozdobione charakterystycznymi niebieskimi kafelkami. Wszędzie widać przygotowania do Świąt. Znajdujemy wspaniały punkt ze świeżo wyciskanymi sokami. Moim hitem jest jabłkowo-marchewkowo-selerowo-pomarańczowy.

Autobus ma tylko lekkie opóźnienie, a nas nie dziwi już, że jesteśmy jedynymi białymi pasażerami. Za to wszyscy niezwłocznie wyciągają rozliczne torby z jedzeniem i tak już będą się opychać przez całą podróż. Gorzej niż w polskich kinach. Przed nami raptem 15h do granicy z Gwatemalą, gdzie … przesiadamy się na drugi autobus.

Dygresja 5

Niesamowitą cechą Meksykanów jest całkowity brak estetyki. Z jednej story są przyjaźni i zdecydowani mili. Nie mieliśmy żadnej przykrej przygody i spotykamy bardzo pomocnych ludzi. Z drugiej strony niesamowite w tak turystycznym kraju jest nieprzywiązywanie wagi do higieny i piękna. Można jeść śniadanie w miłym lokalu w centrum miasta, gdzie ze stolików widać na przestrzał otwarte ubikacje albo panią chlustającą pomyje na podłogę w kuchni.


Guatemala City

2010-04-01

Budzimy się o wschodzie słońca po lekko traumatycznej nocy. Trzykrotnie zatrzymujemy się na postojach i za każdym razem jest to pejzaż rodem z taniego filmu kryminalnego. Jakaś speluna udająca restaurację, buda z tacos i ciemne typki popijające piwo. Całość zupełnie na końcu świata. Kolorytu podróży dodaje w szczególności dwóch pasażerów. Pierwszy jest chyba w stanie agonalnym, bo co chwila wpada w konwulsyjny kaszel połączony z charczeniem. Raczej obrzydliwe. Drugiego nazwaliśmy ptasznik. A to ze względu na pakunek, który schował pod swoim siedzeniem. Z małego pudełka dochodzi ćwierkanie ptaków, ale ptasznik udaje, że nic nie słyszy i nie wie o co chodzi. W Tapachula wysiadamy raczej bez żalu.

Mamy nadzieję, że nie będzie Prima Aprilis i sporą radość sprawia przyjazd autobusu do San Salvador. Mamy bilety z numerowanymi miejscami, ale okazało się, że „miejsca się poduplikowały” i każdy siada gdzie jest wolne. Niebawem docieramy nad granicę meksykańsko-gwatemalską i tutaj spotykamy drugiego białego – emerytowanego żołnierza z USA. Razem przechodzimy odprawę graniczną, która oczywiście jest lekko absurdalna. Pomaga nam nasz nowy kolega, który mówi, że w Wietnamie takie sytuacje opisywali jako SNAFU. Rozwinięcie tego skrótu dobrze oddaje sprawę – Situation Normal All Fucked Up.

Do Gwatemala City przyjeżdżamy mocno wymęczeni późnym popołudniem. Miło jest widzieć Monię i Elę, które przyjeżdżają z Claudią, żeby odebrać nas z dworca. Od razu dowiadujemy się, że w mieście jest bardzo niebezpiecznie i nie ma co zwiedzać. To bardzo osobliwy opis stolicy. Kwaterę mamy w mieszkaniu wujka Claudii i po szybkim prysznicu wyruszamy na kolację. Tam dołącza do nas Igor i wspólnie przekonujemy się, że 1 LB wołowiny to naprawdę duża porcja. Szybko dowiadujemy się, żeby nie jest tutaj dobrze być z Meksyku, który jest raczej znienawidzony. Dlatego szybko przestawiamy się z Corony na Gallo (lokalne piwo) i już czujemy się Gwatemalczykami. Nasi gospodarze potwierdzają, że w centrum miasta nie ma co robić, bo jest brzydko i niebezpiecznie, a poza tym miasto jest opustoszało, bo wszyscy wyjechali na Święta nad morze.


Antigua

2010-04-02

Dziś Wielki Piątek i oczywistym kierunkiem jest Antigua, historyczna stolica Gwatemali. Jest to przepiękne miasto, które byłoby pewnie do dzisiaj stolicą kraju, gdyby nie uskok tektoniczny na którym jest położone. Liczne trzęsienia ziemi zmusiły Hiszpanów do relokacji stolicy. Niemniej Antigua jest znana z procesji wielkopiątkowych, dlatego bardzo się cieszymy, że możemy być tutaj właśnie w tym okresie. Nie jesteśmy w tym zamiarze osamotnieni, dlatego pierwszy raz stoimy w korku. Antigua położona jest w dolinie pomiędzy trzema wulkanami i od pierwsze wrażenia doceniamy jej piękno. Całe miasto udekorowane jest motywami ludowo-religijnymi, a na ulicach trwa przygotowywanie barwnych kobierców. Dziesiątki ludzi klęcząc i w kucki usypuje barwne obrazy z kolorowego piasku. Wykorzystują do tego tekturowe formy, które pozwalają na przygotowanie precyzyjnych wzorów. Gotowe prace trzeba nieustannie zraszać wodą, ponieważ palące słońce błyskawicznie wysusza piasek. Niemniej artyści pracują z namaszczeniem i radością.

Nasza wesoła gromadka (łącznie czterech Polaków i trzech Gwatemalczyków) spaceruje po mieście w oczekiwaniu na początek obchodów. Procesje są trzy i rozpoczynają się w katedrze o 15:00. Zajmujemy miejsca w cieniu i obserwujemy niesamowity spektakl. Oto w akompaniamencie muzyki i kadzideł z wnętrza katedry wychodzi procesja z ogromnymi platformami na których umieszczone są sceny z drogi krzyżowej. Mężczyźni niosą platformę z Jezusem, a kobiety nieco mniejszą platformę z Maryją. Wszyscy są od stóp do głów ubrani na czarno i widać, że uczestniczą w mistycznym wydarzeniu. Okazuje się, że uczestnictwo w procesjach to zaszczyt dla Gwatemalczyków i wielu z nich zapisuje się z dużym wyprzedzeniem. Pochód porusza się powoli i majestatycznie, a towarzyszą im dziesiątki ubranych na czarno pokutników. Nieuchronnie cała procesja systematycznie niszczy barwne piaskowe dywany tak misternie przygotowywane przez cały dzień. Wrażenie jest bardzo intensywne i pomaga nam wejść w świąteczny nastrój.

Głodni postanawiamy nieco się posilić i trafiamy na największe w życiu zestawy nachos z sosem guacamole. Ze zdumieniem odkrywamy, że podczas gdy ulicami idzie pątnicza procesja w położonych przy drodze restauracjach i barach klimat jest zgoła odmienny. Króluje Lady Gaga, a kegi z piwem uzupełniane są nieustannie. Niesamowity mariaż.

Wracamy przed katedrę, gdzie o zmroku uroczystości wchodzą w finalny etap. Cały teren jak i procesje są pięknie oświetlone, a kadzidła również robią swoje. Atmosfera jest bardzo plastyczna i niepowtarzalna. Zostajemy praktycznie do końca i Antigua opuszczamy późnym wieczorem.

Dygresja 6

Przychodzi mi na myśl, że w Europie takie spektakularnie przyozdobione i barwnie zdobione platformy to mogą być wykorzystywane tylko na parady gejów. Szkoda.


Atitlan

2010-04-03

Wstajemy bardzo wcześnie, a cel na dzisiaj to jezioro Atitlan, które Huxley (ten od Nowego Wspaniałego Świata) uważał za jedno z najpiękniejszych na świecie. Po drodze zatrzymujemy się na pożywne śniadanie, gdzie przekonuję się, że istnieją cztery kolory kukurydzianych tacos – czerwone, białe, żółte i czarne. Tak samo jak rasy ludzkie.

Atitlan rzeczywiście prezentuje się dobrze, chociaż dzień jest bardzo mglisty i nie widać otaczających je wulkanów. W Panajachel negocjujemy rejs łodzią i oczywiście zbijamy cenę o połowę. Dostajemy łódź tylko dla siebie i wkrótce przyjemnie suniemy przez jezioro. Dopływamy do San Pedro, które okazuje się być klimatyczną mieściną położoną u podnóża wulkanu. Atmosfera jest mocno zrelaksowana i podziwiamy m.in. śliczne stacje drogi krzyżowej skonstruowane z egzotycznych owoców i liści. W małym sklepiku kupujemy jedną z najbardziej aromatycznie wypalonych kaw. Gwatemala, podobnie jak wyżyny Meksyku słynie z wysokiej jakości ziarna.

Następny przystanek to Santiago Atitlan i decydujemy się na transport tuk-tukiem w poszukiwaniu Maximona. To bardzo ciekawe zjawisko i a Maximon jest świętym czczonym współcześnie przez Majów. Historia pochodzi od świętego Szymona (San Simon), który żył tutaj i pomagał Indianom. Po śmierci zaczął być czczony jak święty, ale że nie było to potwierdzone przez Kościół zmieniono nazwę na Maximon (czyt. moszimon). Druga wersja to legenda o tym jak złe duchy opanowały jezioro Atitlan i sprowadzali na Indian rozliczne nieszczęścia. Dlatego mędrcy razem z drzewami ustalili, że wyrzeźbiona zostanie święta postać, która ich przepędzi. Ciężko to streścić i proponuję np. www.santiagoatitlan.com/Religion/Maximon/maximon.html.

Tak czy owak bożek jest uznany przez Majów i śpieszymy naszym tuk-tukiem na jego spotkanie. Figurka przebywa u rodzin Indian i lokalizacja zmienia się rotacyjnie co roku. Nasz kierowca jest świetnie zorientowany i trafiamy do świątyni. A raczej magazynka, w którym panuje posępny półmrok. W środku rzeczywiście stoi niewielka drewniana figurka przedstawiająca postać o indiańskich rysach. Szczegóły są mało widoczne, ponieważ figurka ma z zębach papierosa, na głowie zawadiacki kapelusz i w dodatku cała poobwieszana jest … krawatami. Wokół skupieni są nazwijmy to kapłani, którzy dysponują znaczną liczbą artefaktów religijnych. Na twarzach widać skupienie, medytację i rozmodlenie. Obrzędy liturgiczne pochłaniają ich bez reszty. A tak serio, to z Maximonem siedzi gromadka Majów i starannie osusza butelki z piwem / bimbrem. No nic, Maximon opiekował się pijakami i łotrami, stąd chyba współczesne nawiązanie do tej tradycji. Ludzie przychodzą wyprosić łaski u Maximona i w dowód wdzięczności zawieszają mu na szyi nowy krawat. Pierwszy raz za zrobienie zdjęć musimy zapłacić, bo inaczej „Maximon rzuci czar i zdjęcia nie wyjdą”.

Co ciekawe w kącie widzimy szklaną szkatułę w której spoczywa … Jezus. Majowie skwapliwie tłumaczą, że wierzą i w Maximona i Jezusa, a tych dwóch to nawet się lubi. Dowodem jest to, że obydwaj uczestniczą w procesji wielkopiątkowej. Na dodatek o wszystko zadbano i Jezus jest w szklanej szkatule … żeby nie przejął od Maximona złych nawyków. Wspaniale, jak wszystko logicznie się domyka.

W mieście odwiedzamy też kościół katolicki ze sporym plakatem papieża przy wejściu. Wewnątrz natomiast jest niezwykle kiczowaty grób Pański przyozdobiony m.in. sztucznymi kwiatami, girlandami choinkowymi i migającymi lampkami. Otaczające go figurki świętych ubrane są w paschalne … piżamy. Zastanawiamy się, że może to u Maximona było gustownie. Dowodzi to jednak, że zarówno w naszej religii jak i w wierzeniach Majów może być bardzo podobno motyw ludowy odwołujący się do starych obrzędów.


Wielkanoc i wulkan

2010-04-04

Dzisiaj jest Niedziela Wielkanocna, co przeżywamy już o świcie kiedy dochodzi nas huk petard odpalanych na wiwat. Szybko wstajemy i udajemy się do kościoła polecanego przez mamę Igora. Msza rozpoczyna się nienerwowo z 20 minutowych opóźnieniem, a my jesteśmy świetnie przygotowani, bo dzięki Eli mamy polską wersję czytanych pism. Ciekawostką jest tradycja święcenia wody (do kupienia w plastikowych butelkach) zamiast pokarmów. Msza jest bardzo sympatyczna, a wychodząc z kościoła można liczyć na uścisk dłoni i miłe słowo od księdza. Szczególnie jak nie ma innych białych.

Przyjeżdża Igor i Ricardo i całą grupą spożywamy śniadanie Wielkanocne, o którym napiszę tylko tyle, że się odbyło. Tęsknimy za Polską.

Główną atrakcją dnia jest trekking na wulkan Pacaya, który nie dość, że jest aktywny to jeszcze znajduje się blisko od miasta. Sporo czytaliśmy o rozlicznych napadach na turystów wspinających się na jego wierzchołek, ale postanawiamy zaryzykować. Już na początku podejścia pomoc zaoferowało nam dwóch przewodników. Pomimo raczej młodego wieku (11 lat), wydawali się być obeznani w terenie. Samo podejście początkowo było bardzo łatwe, ale po minięciu tablic typu „Danger” albo „No entrance” droga zaczęła robić się stroma, a podłoże zamieniło się w sypki żwir wulkaniczny. Niestety w sandałach nie mieliśmy większych szans, a dodatkowo nadciągnęła gęsta mgła i musieliśmy zrezygnować. Niemniej zawsze miło jest się trochę poruszać i pooddychać świeżym siarkowym powietrzem. Odwrót to chyba dobra decyzja, bo dwa tygodnie później dowiedzieliśmy się o turystach, którzy zginęli podczas wchodzenie na ten wulkan właśnie na skutek zejścia sypkiej lawiny.

Wieczorem spotykamy Elizę i Cristinę, które zapraszają nas do swojego domu położonego na obrzeżach miasta. Niestety po wcześniejszej kolacji ja spotkałem najwyraźniej obcego, bo czuję się mocno nieciekawie. Dalszą część wieczoru lewituję w hamaku. Niemniej mamy królewskie przyjęcie z polską muzyką i żubrówką. Sporo dowiadujemy się o wpływach USA w Gwatemali (i w ogóle w Ameryce Centralnej). Okazuje się, że amerykańskie firmy wspaniale dogaduje się z lokalnymi przywódcami i posiadają już znaczącą część Gwatemali. Ogólnie rząd ma obsesyjny lęk przed wpływami ideologii komunistycznej i na przykład zablokowane są wszystkie strony internetowe z Kuby. Eliza żyje w Gwatemali już 10 lat i razem z Cristiną prowadzi firmę szyjącą mundurki szkolne. Myślę, że jest im tutaj dobrze.


Powrót do Meksyku

2010-04-05

Znowu w autobusie, a przed nami długa droga. Nie ma już charczącego i ptasznika, za to jest Monia i Ela. To miła odmiana, szczególnie, że Ricardo podwiózł nas aż na granicę. Po drodze widzieliśmy mnóstwo plantacji drzew kauczukowych i mogliśmy zapoznać się ze policyjnymi statystykami Semana Santa czyli Wielki Tydzień. Okazuje się, że okres świąteczny sprzyjał wyciszeniu i spokojowi. Dlatego też w wyniku zabójstw zginęły tylko 55 osób z czego 44 zostały zastrzelone, a 11 (jak czytamy) zginęło od broni białej. Mimo wszystko żal jest wyjeżdżać z tego miłego kraju.


Teotihuacan

2010-04-06

Już 18 godzin później wjeżdżamy w Mexico City. Trafiamy do najlepszego jak dotychczas hotelu i od razu udaje nam się wykupić wycieczkę do Teotihuacan. Dostajemy na wyłączność limuzynę z kierowcą; w końcu odrobina luksusu.

Sprawnie dojeżdżamy na miejsce i po szybkim lunchu, m.in. sałatka z kaktusa, zaczynamy zwiedzanie. Nie jest to proste, ponieważ Teotihuacan to ponad 2000 lat tradycji i niegdyś dawał schronienie dla 100 tysięcy mieszkańców. Obecnie zostały interesujące ruiny i zwiedzamy wiele rozproszonych odkrywek archeologicznych zanim docieramy do niegdysiejszego centrum. Główny kompleks został starannie zaplanowany i składa się z ogromnych piramid i budynków publicznych. Zadziwia ogrom i precyzyjne planowanie przestrzenne, ponieważ w przeciwieństwie do wcześniej zwiedzanych miejsc, tutaj zabudowę poprzedziły prace planistyczne. W rezultacie wciąż jeszcze widać kunszt architektów, pomimo rozlicznych prac wykopaliskowych, które prowadzono m.in. przy użyciu dynamitu. Niemniej to co pozostało jest piękne i z bogatych zdobień i malowideł dowiadujemy się, że każdy lud miał symbol zwierzęcia z którym się utożsamiał. I tak na przykład Majowie mieli ptaki, Zapotekowie jaguary, a Toltekowie krokodyle. Późniejsze miasta jak Monte Alban, Mitla czy Tikal wzorowały się właśnie na Teotihuacan.

Niesamowite jest to, że stabilny rozkwit miasta został przerwany tak szybkim upadkiem. Ten tętniący życiem ośrodek we wspaniały sposób zapewniał pokojową koegzystencję różnym ludom i cywilizacjom. Nie ma zgodności, ale najczęściej jako przyczynę upadku upatruje się brak dostępu do wody, ponieważ w pobliżu nie było rzek ani innych zbiorników wodnych. Skomplikowane kolektory zapewniające gromadzenie wody deszczowej (dziś powiedzielibyśmy inteligentny budynek) ale nie dały rady podczas długotrwałej suszy. Miasto jeszcze w IV wieku ludniejsze niż Rzym, w VIII wieku było już tylko cieniem dawnej potęgi. Żyjące wspólnie ludy rozeszły się w swoje strony i odtąd raczej rywalizowały.

Wracamy do Mexico City i nie możemy wyjść z podziwu jakie to wielkie miasto. Dość powiedzieć, że składa się z 240 dzielnic obsługiwanych przez ponad 90 tysięcy taksówek.

Zatrzymujemy się w Guadalupe, gdzie podziwiamy zarówno piękną starą Basilica de Guadalupe, jak i brzydką nową bazylikę. Niestety słynny obraz Matki Boskiej znajduje się w tej nowej, ponieważ położona na podmokłym gruncie stara budowla rozpada się na części. W kościele odbywa się nabożeństwo, a przed obraz zawieszony za ołtarzem dostajemy się dzięki ruchomym schodom.

Wieczór spędzamy w restauracji na dachu bezpośrednio przy zocalo kontemplując majestatyczną bryłę katedry i ogromny gmach parlamentu.


Mexico City

2010-04-07

Wstajemy rano i wbijamy się do zatłoczonego metra. Jest to nowe doznanie, bo tylko mi się wydawało, że metro w Warszawie jest zatłoczone. Tłok jest niesamowity, a dodatkowym utrudnieniem jest zwyczaj jednoczesnego wsiadania i wysiadania. Niemniej sprawnie docieramy do Museo Nacional de Antropologia, gdzie spędzimy pięć godzin. Nasza wiedza na temat kultury i sztuki cywilizacji prekolumbijskich jest niewielka, dlatego staramy się chłonąć jak najwięcej.

Kolekcja zgromadzona w muzeum jest imponująca i obejmuje trzy tysiące lat od epoki preklasycznej (1500 p.n.e.) do przybycia Hiszpanów (1500 n.e.). Okres preklasyczny to pierwsze osady, prymitywna jeszcze ceramika, rytuały pogrzebowe i początki zorganizowanej religii. Uwagę przykuwają precyzyjnie wykonane figurki o skomplikowanych kształtach. Okres klasyczny (300-900 n.e.) to dynamiczny rozwój ośrodków miejskich, postępująca specjalizacja pracy, maski rytualne, rozkwit handlu, ale także konflikty i handel ludźmi. Późny okres (od ok. 1300 n.e) to czas militaryzmu i związanych z nim podbojów i wojen. Na znaczeniu zyskują rytualne obrzędy związane ze składaniem ofiar z ludzi, głównie jeńców. To zdecydowanie czas kultu wojownika. Ciekawy jest wpływ klimatu i przyrody na sztukę. I tak ludy zatoki (meksykańskiej) wzorują się na formach z dżungli, posągach małp itd. Z kolei zamieszkujący tereny obecnej Gwatemali Majowie to wspaniali matematycy i astronomowie. Niesamowite, że koncepcję zera wynaleźli jeszcze przed Arabami.

Na wyróżnionym miejscu są eksponaty związane z kulturą Tenochtitlanu, do którego tradycji Meksykanie chętnie się odwołują. Mocno podkreślana jest ciągłość ich kultury wywodząca się od ludów zamieszkujących okolice jeziora Texcoco. Właśnie na ruinach tego miasta i nieistniejącego już jeziora zostało założone Mexico City. Niesamowicie w tym spękanym słońcem kraju, wyglądają dziś wizualizacje z tamtych czasów z domami na wodzie i bagnach. Aztekowie, bo to o nich głównie mowa to kult wojny i bogów słońca i księżyca. Oglądamy dużą ilość ozdób i biżuterii wykonanych z materiałów pozyskanych z podbijanych przez Azteków cywilizacji. Jest to często wyrafinowana ceramika starannie wypolerowana i ukształtowana w maski albo formy zwierzęce.

Wracamy przez park Chapultepec, a następny punkt podróży to zrelaksowana dzielnica Coyoacan, w której zwiedzamy muzeum Fridy Kahlo. Znana malarka mieszkała tu i tworzyła razem ze swoim równie ciekawym partnerem – Diego Riviera. Bardzo sympatyczne i kameralne muzeum, a sama dzielnica to taka meksykańska Saska Kępa.

Włóczymy się jeszcze po centrum żałując bardzo, że po dawnym Tenochtitlanie zostało tak mało. Dlaczego biali tak bardzo lubią „bić, gwałcić i plądrować”? Ostatni obiad, ostatnie papryczki i późnym wieczorem wylatujemy do Polski. Będzie nam brakować Meksyku.