Opowieści z mchu i paproci

Ruiny Christchurch

28.12.2017

Kraina mchu i paproci położona jest daleko. Jeśli mija się Australię i kontynuuje lot na wschód, a Singapur zostawia pięć godzin na zachód to wzbudza respekt. Potrzebujemy aż trzech lotów i prawie 30 godzin aby wylądować na wyspie położonej na naszych antypodach. Lotnisko jest z tych niedużych chociaż obsługuje szanowane destynacje. Obsługa całkiem skrupulatnie sprawdza jakie mamy plany, skąd pochodzi błoto na butach trekkingowych i czy psy nie wywąchają jakiegoś jedzenia. To wszystko, żeby zachować florę i faunę nieco odmienną od naszej.

To nie chodzi o to, że wypożyczonym samochodem jedziemy pod prąd, ale że kierunkowskaz jest tam, gdzie wycieraczki. Na szczęście hotel jest niedaleko i przejeżdżamy z godnością. Szybkie odświeżenie i wychodzimy zobaczyć miasto. Seria trzęsień ziemi, z tym największym ostatnim w 2011, praktycznie zrównała z ziemią centrum stąd charakter zabudowy jest mocno eklektyczny. Z jednej strony ruiny katedry słynnej katedry i niewysoka zabudowa obmyślana niegdyś jako idealna stolica idealnej brytyjskiej prowincji Cantenbury, a z drugiej strony bardzo nowoczesne aspiracje widoczne w odbudowywanych budynkach. Jeśli to wciąż jest Christchurch to raczej Christ musi mieszkań w sercach wiernych, bo resztki church chylą się ku upadkowi. Przechadzamy się po mieście, które wyróżnia się zupełnie niczym, no może oprócz bardzo interesującego ogrodu botanicznego. Są w nim zaułki, gdzie można kręcić Jurrasic Park.

Robimy zakupy prowiantu na drogę i zanosimy je do hotelu. Nawet był pomysł na wieczorne wyjście do klubu, ale po krótkim treningu na siłowni odchodzimy w objęcia Morfeusza. Power off.

Wieloryby w Kaikoura

29.12.2017

O czwartej rano robi się jakby mniej ciemno, a po szóstej słońce świeci już mocno. Opuszczamy miasto bardzo wcześnie i w sumie bez żalu. Droga płynie na północ, a teren stopniowo robi się pofałdowany i zalesiony. Jest sucho, ponieważ większość opadów skupia się w górach na zachodzie wyspy (sprawdzimy wkrótce). Roślinność bardzo wymieszana, raz to tropikalne juki raz swojskie sosny. Mijamy niezliczone wprost stada owiec i docieramy do doliny Waipara, która słynie z pinot noir. Mijamy kolejne winnice sunąc na północ.

W połowie drogi wjeżdżamy na bardziej strome klify, żeby podziwiać cathedral rocks w Gore Bay. Od tego momentu droga wiedzie już wybrzeżem, które wygląda niesamowicie. Zielono-błękitna woda rozbija się o ostre skały i jest w tym dużo pierwotnego piękna. Sama droga jest remontowana, ponieważ ucierpiała mocno podczas ostatnich trzęsień ziemi. Niemniej wkrótce docieramy na półwysep na którym znajduje się Kaikoura.

Samo miasto jest nieduże i żyje wyłącznie z wypraw na oglądanie wielorybów. Niemniej niemiłym zaskoczeniem są spore tłumy turystów. To pewnie wada okresu świąteczno-noworocznego. Rejs mamy zaplanowany na popołudnie więc jest sporo czasu, żeby odwiedzić kultową budkę sprzedającą świeżo złowione langusty. Wybieramy mniejszą sztukę (cena!!!) i wkrótce jest zgrillowana. W pobliżu jest także kolonia fok, ale jest zdecydowanie więcej ludzi z aparatami niż rzeczonych fok.

Pomysł z rejsem – whale watch – był mój. Dlatego już po wypłynięciu z portu nie mam kogo obwiniać za sensacje żołądkowe. Męczę się mocno i niestety przegrywam bój z Neptunem. Ale może o samych wielorybach. Pod nami jest głęboki na półtora kilometra kanion, w którym prądy przynoszą dużą ilość pożywienia. Stąd prawie stuprocentowa pewność spotkania tych ssaków, a konkretnie prawie dwudziestometrowych sperm whale. Naprawie dwadzieścia ton wagi prawie dwie tony przypadają na położony w głowie zbiornik z olejem, który kiedyś został pomylony z … No i właśnie stąd ta myląca nazwa gatunku. Po kilku milach trafiamy na kontakt czyli sytuację gdzie po około godzinnym nurkowaniu wieloryb wynurza się na kilka minut, żeby pobrać tlen. Wygląda faktycznie okazale i aż trudno sobie wyobrazić, że to jest stosunkowo mały osobnik, bo są gatunki wielorybów większe od Boeinga 737 i ważące tyle co kilka samolotów. Wracając oglądamy jeszcze skaczące delfiny, ale jak wspominałem jestem już zajęty rozmową z Neptunem.

Winnice Marlborough

30.12.2017

Warto jest wstać wcześnie i podjechać do kolonii fok. Ludzi nie ma, trwa odpływ odsłaniający dalekie skały, a foki jak najbardziej są. Wygrzewają się ufnie i leniwie, pozwalając podejść do siebie bardzo blisko. Dzień się dopiero budzi i widoki dzikiego wybrzeża są wspaniałe.

Suniemy do krainy wina. Po drodze jest sporo ostrzeżeń dotyczących niebezpieczeństw jazdy samochodem, ale przyznam, że prowadzi się wybornie. Droga miejscami jest kręta albo wąska, ale zawsze w dobrym stanie i odpowiednio oznaczona. Wkraczamy do okręgu Marlborough, królestwa Sauvignon Blanc.

Pierwsza atrakcja to muzeum lotnictwa w Omaka, gdzie grupka kolekcjonerów zgromadziła wyborny zestaw samolotów z okresu zarówno pierwszej jak i drugiej wojny światowej. Zdumiewa, że na tej odległej wyspie znalazło się tak wiele dobrze zachowanych samolotów walczących przeważnie w Europie. Co jeszcze bardziej zachwyca to fakt, że niektóre egzemplarze są tak dobrze zachowane, że wciąż wzbijają się w przestworza.

Pogoda nam sprzyja i słońce stoi wysoko. Wjeżdżamy w płaską dolinę pokrytą skrzętnie winoroślami. W samym centrum regionu Marlborough jest nasz domek w środku winnicy. Właściciele z nowozelandzkim luzem pokazują nam zapas wina i od razu życzą pomyślności w nowym roku, ponieważ właśnie wyjeżdżają. Domek jest cudny i mamy wszystko co potrzeba. Poza jedzeniem. Bo jedzenie w Nowej Zelandii to towar deficytowy i ważne jest posiadanie ze sobą zapasów. Stąd po szybkim lunchu w okolicznej winnicy, gdzie cudem dostaliśmy stolik, jedziemy do stolicy prowincji – Blenheim – odwiedzić supermarket.

Z powrotem w domku doceniamy, że nie dotarł tutaj korek i wszystkie butelki wina po prostu odkręcamy. Jak sięgnąć okiem rozpościerają się winorośla, przed nami rosły orzech który jest symbolem winnicy, obok stado owiec, a na drzewie ptasi koncert. Jest bardzo miło.

 

Queen Charlotte Track

31.12.2017

Dzisiaj chłodniej czyli w sumie idealnie na trekking. Śniadanie spożywamy w towarzystwie stada owiec i drozda, który budzi mnie już o szóstej rano całkiem pięknym koncertem. Wyruszamy na północ, aby w Picton zasięgnąć informacji jak najlepiej dostać się na Queen Charlotte Track.

Wybieramy górzysty fragment szlaku do którego dojeżdżamy niekończącymi się serpentynami. Trudy wynagradza nam częściowo widok czyli zadrzewione i pofałdowane wzgórza spadające prosto do zielonej wody. Sam szlak ma ponad 80km długości i przejście całego zajmuje kilka dni. My dobijamy w połowie i wspinamy się na punkt widokowy. Po drodze mijamy zarówno zatwardziałych trampów, często na rowerach górskich, jak i takich jak i my jednodniowych wspinaczy. Jest lekki wiatr i kłębią się chmury, ale widoki są godne. Zjeżdżamy jeszcze do miejscowości Anakiwa, gdzie szlak QCT się zaczyna i tutaj z kolei klimat jest zupełnie inny. Zamiast ostrych podejść, eksponowanych stanowisk i widoków na wszystkie strony świata mamy dosyć gęsty las, gdzie kłębi się od ogromnych paproci. Ścieżka w tym miejscu jest bardzo łagodna, a widok jest na zatokę. Ogólnie te kilka godzin spędzonych na szlaku to dobry sport, którego nam już brakowało.

Tym milej jest wrócić do domku w winnicy i rozpocząć przygotowania do Sylwestra. Dosyć oryginalnie być dwanaście godzin wcześniej niż w Polsce, a w dodatku w ciepłym klimacie. Niemniej są też i srogie wyzwania. Sauvignon Blanc, Chardoney czy Pinot Noir? Konkurencja jest zażarta, a werdykt ex equo. Drozd dalej koncertuje, a my testujemy najlepsze smakołyki pozyskane w supermarkecie. Ciekawe, że jak skończymy imprezę to w Europie imprezy Sylwestrowe nawet się nie zaczną. Umowność stref czasowych nigdy nie była tak ostro widoczna.

Cieśnina Cooka

01.01.2018

Hitem jest móc wstać po Sylwestrowej imprezie, przebiec o poranku kilka kilometrów, zjeść nienerwowe śniadanie i zdążyć zadzwonić do rodziny z życzeniami jeszcze przed ich nowym rokiem. A to wszystko podczas pięknego poranku, otuleni przez winorośla i ptasie koncerty. No ale tak właśnie było.

Prognozy pogody tym razem nam nie sprzyjają, niebo jest zachmurzone i jest wyraźnie chłodniej. Trochę słabo, bo wyruszamy na sam północy-zachód wyspy południowej czyli do parku narodowego Abela Tasmana. Droga wiedzie wzdłuż Cieśniny Cooka, a osobliwe jest to, że strzegą jej dwaj generałowie najbardziej znienawidzeni przez Napoleona. Od strony południowej admirał Nelson, który rozgromił francuską flotę pod Trafalgar, a od północy generał Wellington, który przypieczętował los cesarza pod Waterloo.

My przejeżdżamy przez miasto admirała i korzystając z pustych dróg dosyć łatwo docieramy do Kaiteriteri, gdzie zostawiamy samochód i przesiadamy się na łódkę. Nasza lodge’a jest położona w samym parku i dostępna jedynie od wody. Suniemy łodzią ponad godzinę i podziwiamy dziewicze piękno parku narodowego. Jest wciąż bardzo ciepło, gdzieniegdzie wylegują się foki, mijamy zatoczki do których w połowie XVII w przybył Abel Tasman, piaszczyste plaże i pokryte buszem wzgórza. Sam park narodowy obchodzi 75 lat istnienia i osobliwe, że wytyczono go w samym środku szalejącej na Pacyfiku drugiej wojny światowej. Uderza jego dziewicze piękno, to zdecydowanie piękny fragment naszej planety.

Lodge jest dosyć luksusowa, choć może po prostu droga. Zajmujemy jeden domek i udajemy się na plażę. W międzyczasie zrobiło się chłodniej i wyraźnie kłębią się chmury. Niemniej plaża jest rozległa, piaszczysta i poza kilkoma osobami praktycznie dla nas. Magda wybrała bieganie wzdłuż plaży, a ja od razu wskakuję do wody. Temperatura jest idealna, jest wspaniale.

Po kolacji zaczyna się mżawka, a my popijamy wino. Wybór jest spory, zwłaszcza z winnic Nelson. Znajdujemy się bezpośrednio na szlaku Abel Tasman Track i jest szansa na trekking jutro.

Abel Tasman

02.01.2018

Padało całą noc i według prognoz skończy się w południe. Gdyby nie tropikalna przyroda to można powiedzieć, że typowe lato nad Bałtykiem. Mocne dziewiętnaście stopni i siąpiący deszcz. Mamy dzięki niemu leniwy poranek i zwlekamy się dopiero na lunch. Idealnie w południe przestaje padać i niemal natychmiast robi się gorąco.

Wyruszamy zatem na Abel Tasman Coastal Track, który wiedzie zarówno na południe jak i na północ od naszej lodgy. Z powodu wysokiego pływu północ jest odcięta, idziemy zatem na południe. Tropikalny las dosłownie bucha wilgocią, ponieważ silne słońce wyciąga do góry dopiero co zakończony deszcz. Ścieżka jest szeroka i idealnie przygotowana. Jesteśmy przygotowani na bieszczadzkie warunki, ale tutaj to trekking na dobrze przygotowanej trasie. Las jest gęsty i w dużym stopniu opanowany przez paprocie. Zarówno te niskie, do kolana jak w Polsce, jak i te krzaczaste wzrostu człowieka, kończąc na wysokich na kilka metrów palmach. Towarzyszy nam zarówno śpiew ptaków jak i muzykowanie świerszczy.

Droga wije się to góry i stopniowo pokonujemy wzgórze oddzielające naszą zatokę od sąsiadującej z nią Tonga Bay. Tutaj profil trasy zmienia się i stopniowo schodzimy, aby dojść do szerokiej i piaszczystej plaży. Jest bardzo ciepło więc ruszamy z powrotem.

Nasza plaża jest pokryta gruboziarnistym złotym, piaskiem, a odpływ powoduje, że jest nie tylko bardzo długa ale także szeroka. Na przestrzeni ponad kilometra jest może kilkanaście osób. Lekki wiatr osłaniany przez wzgórza formujące zatokę jest całkiem przyjemny. Czas plażowania.

I wtedy pojawia się ona. Nienerwowo wychodzi z pobliskich głazów, siada blisko nas i rozgląda na około. Następnie demonstracyjnie ziewa i pada pyskiem na piasek. Może to być ostatni uczestnik foczego sylwestra, który obudził się po dwóch dniach i wciąż jest zmelanżowany. W każdym razie po krótkim odpoczynku, foka kontynuuje podróż w kierunku morza. Ale że jest dobre kilka metrów to dzieli to na krótsze odcinki każdorazowo robiąc odpoczynek. Już w wodzie przewraca się na grzbiet i wesoło macha płetwami.

Dalej koło lodgy mamy podmokły teren i niewielkiej wielkości jezioro. W nim z kolei znajdują się oswojone węgorze. I faktycznie podpływają wesoło i praktycznie można je pogłaskać. Atmosfera zoo przypieczętowana jest wieczorem kiedy z latarkami idziemy w kierunku zakola pobliskiej rzeki. Tam w niewielkim wąwozie jest pokaz świetlików. Wygląda to niesamowicie i większość ze świecących robaczków wygrywa z tarczą mojego zegarka.

Plaża

03.01.2018

Budzimy się przy szarym niebie i deszczu. Zupełnie jak wczoraj i znowu w południe niebo się rozchmurza, deszcz gwałtownie znika i wychodzi palące słońce. Ten dzień spędzamy leniwie lekko eksplorując teren wokoło, włącznie z pizzerią i barem.

Woda w oceanie jest rześka, ale pływanie sprawia wielką frajdę. Doceniamy prywatną zatoczkę, drobny piasek, zielonkawą wodę i otoczenie dziewiczej przyrody. Chillout.

Nie mam zasięgu telefonu, nie działa wifi, skończyły się frytki i sałatka. Słowem, problemy pierwszego świata. Chillout.

Zachód słońca nad Punakaiki

04.01.2018

Już spakowani i czekamy na prom. Chwilę później suniemy wzdłuż wybrzeża mijając urocze zatoczki. Potem wyskok na ląd, odebranie samochodu i w drogę. Ruszamy z Kaiteriteri czyli jakby Władysławowa. Jest ciepło i na tutejszej plaży spory ruchy. Głównie gimbaza skacząca ze skał / mostu do wody.

My kierujemy się na południowy zachód, a droga wiedzie głównie dolinami rozlicznych rzek. Jedzie się dobrze dzięki sprytnym znakom, które nie tyle pokazują dużo ograniczeń prędkości, ale przed każdym większym zakrętem pokazują maksymalną bezpieczną prędkość w którą należy wejść w zakręt. Dodaje sobie zwykle dziesięć i dzięki temu z góry mogę planować prędkość, ani nadmiernie nie przyspieszam ani nie muszę gwałtownie hamować, i jazda jest bardzo płynna. Teren robi się lekko pofałdowany chociaż wciąż każdą łąkę pokrywa stado owiec. Jest ich zdecydowanie więcej niż ludzi. Sprawdziłem.

Co jest z kolei słabe to występuje praktycznie brak miejsc do jedzenia oraz toalet. Bardzo popularnym środkiem transportu są wszelkiej maści kampery, często domowej roboty, w związku z czy występują licznie urocze zatoczki campingowe. Ale miłego jedzenia brak. Aż marzy się o kiełbaskach jagnięcych, serach … eh … ale to w Bieszczadach.

Za to zupełnie bieszczadzkie robią się widoki. Trawersujemy niewielki pasmo gór co oznacza serpentyny, ale także piękną panoramę. Są też plantacje chmielu, a także przeżywające aktualnie szczyt sezonu czereśnie. Mijamy Reefton i zjeżdżamy do wymarłego miasteczka górniczego Waiuta. Od połowy dziewiętnastego wieku była to typowa górska osada wydobywająca złoto. Obecnie zostało już sporo starych zdjęć i nielicznie zabudowanie. Przychodzi na myśl sedno przemijania. Sto lat temu było tu życie i nowe nadzieje, a teraz mieszkają już tylko duchy.

My zjeżdżamy na ciągnącą się wzdłuż zachodniego wybrzeża trasę prowadzącą do Greymouth. To stolica prowincji zachodniej, ale nie jesteśmy zachwyceni. Ruszamy dalej w niejakim pośpiechu, żeby przed zachodem słońca dotrzeć do skał naleśnikowych (pancake rocks) w Punakaiki. Te wapniowe skały smagane przez wodę i wiatr tworzą niesamowite formacje delikatnie, ale bezlitośnie pochłaniane przez ocean. W pobliskim barze spożywamy nieoczekiwanie satysfakcjonującą kolację, żeby na sam moment zejścia słońca do wody zrobić świetne zdjęcia.

Zachodnie wybrzeże

05.01.2018

Przydrożny motel w Greymouth okazał się zdumiewająco dobry. W samym nazwijmy to mieście znajdujemy lokal na śniadanie, nazwijmy to rustykalny. I ruszamy wzdłuż wybrzeża dalej na południe.

Zjeżdżamy z trasy w miejscowości Hokitika i suniemy w głąb lądu, gdzie rzeka trafia na skały i rzeźbi malowniczy wąwóz. Przedzierając się przez mech i paprocie znajdujemy dobre miejsca na zdjęcia.

Droga jest dobra. Miejscami jedziemy dosłownie w tunelu z dzikiej roślinności (przeważnie wszędobylskie paprocie), kiedy indziej poruszamy się u stóp większych już masywów górskich. Robimy przystanej i spacer w buszu w miejscowości Ross, gdzie istnieje kolejna dawna osada poszukiwaczy złota. Trekking wiedzie przez gęsty las, a upał połączony z wilgotnością daje się we znaki.

Dojeżdżamy w końcu do Franz Josef, położonej u stóp lodowca o tej samej nazwie. Miejsce jest nieduże, ale ewidentnie turystyczne. Jest kilka barów i restauracji, nawet trochę turystów. Bardzo gorąco i widok otaczających nas ośnieżonych szczytów wydaje się nierzeczywisty. Robimy zapasy na jutrzejszy trekking i znajdujemy godną azjatycką restaurację. Pogoda zapowiada się idealnie.

Siedzimy w domku z widokiem na ośnieżone góry. Nawet po dwudziestej jest mocne słońce i wysoka temperatura. Pinot Noir mógł by być bardziej schłodzony.

Lodowiec Franz Josef

06.01.2018

Nazwa dla lodowca w Nowej Zelandii dosyć przedziwna, ale idziemy. Pobudka o szóstej rano, bo słońce już wstało i świeci, a przed nami długi dzień. Najczęstsza opcja to tzw. spacer po dolinie w kierunku lodowca, który często jest w grupach z przewodnikiem. Alternatywnie można wynająć helikopter i zostać dowiezionym na samo lodowiec. Ale na szczęście znaleźliśmy trzecią drogę czyli pięciogodzinne przedzieranie się przez busz do Robert’s Point.

Jest rześko, ale już świeci słońce. Nasz samochód jest trzeci na dużym parkingu. Szlak zaczyna się dosyć płasko i idzie doliną wzdłuż rzeki. Atrakcją jest podwieszany most, który mocno buja się nawet przy jednej osobie (swing bridge). Dalej wchodzimy w busz, który jest niesamowicie gęsty i dziewiczy. Jesteśmy całkowicie osłonięci przed słońcem, a parasol tworzą ogromne paprocie, drzewa liściaste pokryte lianami i wszędobylski mech. Droga zaczyna być lekko stroma i gdzieniegdzie wchodzimy na spore głazy albo pokonujemy niewielkie strumyki. Są też kolejne podwieszane mosty i także ten stu dziesięciometrowy (tzw. insane bridge).
W połowie podejścia robimy przerwę na biltongi. Te suszone skrawki wołowiny stanowią naszą podstawową przekąskę, w tym przypadku śniadanie, w Nowej Zelandii. Dalej już bardziej strona, a buchająca wilgoć wstającego dnia robi na nas wrażenie. Miejscami trzeba uważać na śliskie kamienie, ale ogólnie trasa jest dobrze przygotowana. I tak po trzech godzinach wchodzenia trafiamy na punkt widokowy na końcu doliny na wprost języka lodowcowego. Znajdujemy się zalewnie na 605m npm stąd jest bardzo gorąco, a niebieski lód błyska tworząc ciekawy widok. Zdecydowanie warto było się tu wdrapać.

W drodze powrotem łapie nas deszcz, który zupełnie nie był zapowiadany. W ogóle tutejsze prognozy pogody sprawdzają się średnio z powodu bardzo dużej zmienności. Opuszczamy miejscowość Franz Josef przy dziewiętnastu stopniach i deszczu podczas, gdy sześćdziesiąt kilometrów dalej mamy upał i dwadzieścia osiem.

Droga wiedzie bardzo malowniczo wzdłuż wybrzeża i korzystamy z licznych przystanków, żeby się rozejrzeć i porobić zdjęcia. Znajdujemy na przykład kultowy jak się potem pokazało camper sprzedający przy plaży kawę. Można też zamówić na sztuki jajka na twardo albo tosty. Tutaj gastronomia to naprawdę prosty temat i wydaje się, że na wszystkim można zrobić biznes.

Opuszczamy wybrzeże i w ślad za rzeką Haast kierujemy się w stronę położonych w głębi lądu masywów alpejskich. Teraz jedziemy przez wypłowiałe od słońca łąki, oczywiście wypełnione owcami, a jak okiem sięgnąć otaczają nas ośnieżone często łańcuchy gór. Do tego gdzieniegdzie przekraczamy turkusowe rzeki albo mijamy zielonkawe jeziora. Ogólnie widoki zarówno na wybrzeżu jak i w głąb lądu są olśniewające.

Robiąc liczne przerwy już późnym wieczorem wjeżdżamy do Queenstown, letniej ale także zimowej stolicy wyspy południowej. Różnica jest kolosalna w porównaniu do miejsc gdzie dotychczas byliśmy. Queenstown to miasto. Są sklepy, restauracje, dużo ludzi. Nawet mały korek na wjeździe. Słowem cywilizacja.

Konno u Sarumana

07.01.2018

A dokładnie to wesołe stadko zgrupowane jest na północnym brzegu jeziora Wakatipu w miejscowości Glenorchy. Rozlewisko rzeki Rees to szeroka dolina polodowcowa otoczona przez wysokie masywy górskiego. Stajnia jest duża, ma dziewięćdziesiąt koni, ale najwyraźniej mocno oblegana. Poznajemy Sam, naszą przewodniczkę, oraz dwa siwe konie – Dylana i Cruise. Poznajemy też kalosze przydatne do przekraczania rzeki i tak wyposażeni ruszamy.

Trzeba dodać, że to tutaj podczas kręcenia Władcy Pierścieni ulokowany został Isengard z wieżą Sarumana. Część tej posępnej scenerii niechybnie została, bo poruszamy się po kamienistym brzegu rzeki a nad nami przesuwają się ciemne chmury. Z kolei widnokrąg zamykają góry, z których część pokryta jest wiecznym śniegiem. Idziemy stępem szukając brodu. Jako, że nie było to przekraczamy rzekę w dosyć głębokim miejscu przy wartkim nurcie. Sam bez przerwy coś opowiada. Akurat teraz o grząskich piaskach i tym jak dobrze ich konie potrafią pływać. Na szczęście obyło się bez i docieramy w busz.

Ścieżka jest bardzo wąska, raz nawet zgubiliśmy drogę, pokryta roślinnością sięgającą jeźdźców, kręta i z licznymi kamieniami. Słowem: idealne miejsce do poćwiczenia galopu. Pomysł Sam jest mocno nierozsądny więc chętnie się zgadzamy. W trakcie biegu przypominają mi się rozliczne sceny pościgów konnych we Władcy Pierścieni i tak się teraz czuję. Wprawdzie nie widać jeszcze orków ani nie golą nas Nazgule, ale też jest fajnie. Na zmianę wpadamy w kałuże albo wzbijamy kurz będąc smagani gałęziami i wchodząc w ostre zakręty. Czuję jakby mnie znosiło na prawo, ale na szczęście to tylko nie dociągnięty popręg. Krótka przerwa, poprawa siodła i możemy pędzić dalej.

Konie prowadzi się luźno i idą pewnie. Przebijamy się przez busz i spotykamy nawet jelenia. Co ciekawe w Nowej Zelandii nie było nigdy ssaków oprócz nietoperzy. Cały kraj w postaci dwóch głównych wysp wynurzył się z oceanu stosunkowo późno i o ile mamy bogactwo ptaków to fauna jest trochę osobliwa. Istniejące ssaki zostały sprowadzone przez osadników i na przykład nie ma ani jednego gatunku węża. Wbrew powszechnym wyobrażeniom nie ma także wielkich pająków.

Ogólnie jest przytulnie i nic człowieka nie atakuje. Nic oprócz … małych muszek (tzw. sand flies). Przypominające nasze muchy owocówki niewielkie owady poruszają się bezgłośnie i prawie niewidocznie, za to rany to ich ukąszeniach są liczne i bardzo swędzące. Na szczęście przeczytaliśmy właśnie, że schodzą po kilku tygodniach góra miesiącach. To pociesza, bo ja drapię się dopiero od tygodnia.

Milford Sound

08.01.2018

To nie chodzi o to, że nie jestem przyzwyczajony do pobudek o piątej rano, bo jestem. Niemniej to zawsze jest pewien dysonans. Pomiędzy radością z obserwowania wschodu słońca i rozkoszowania się poranną kawą, a pewnym nienawiścią związaną z brutalnie przerwanym snem.

Ruszamy do Milford Sound, bajkowego podobno fiordu. W linii prostej jest może osiemdziesiąt kilometrów, ale droga wiedzie dolinami wokół najwyższych gór i zajmuje prawie cztery godziny. Nad nami ciężkie chmury z których co chwila mży. Jest dolne kilkanaście stopni i miny mamy marsowe.

Milford to miasteczko, które składa się głównie z przystani z której wypływają promy wycieczkowe. My lokujemy się na jednym z nich i leniwie wypływamy w kierunku oceanu. Nieleniwa jest z kolei młoda pani kapitan, która rezolutnie prowadzi statek i z zapałem opowiada historię fiordów i zachodniego wybrzeża Nowej Zelandii.

Widok jest bajkowy zaiste. Wysokie miejscami na kilkaset metrów klify niemal pionowo schodzą do fiordu i pokryte są pajęczyną olbrzymich wodospadów. Roślinność jest bujna i przylega do skał wbrew rozsądkowi i sile grawitacji. Na nielicznych głazach wygrzewają się foki, a gęste chmury, a może mgły?, rozsuwają się na tyle, żeby stworzyć niezapomniane widowisko. Płyniemy blisko skał i co chwila z mgły wynurza się inny widok stopniowo budując pejzaż. Na filmach w takim momencie następuje atak pirackiego okrętu widmo, ale dziwnych stworów morskich. My atakujemy przyrodę fotografią i rozkoszujemy się widowiskiem.

Ruszamy z powrotem i kolejny raz zaskakuje nas gwałtowna zmiana pogody. Z dziewiętnastu stopni pochmurnego Milford znajdujemy się nagle w spalonej słońcem krainie a słupek termometru wskazuje aż dwadzieścia dziewięć. W samym Queenstown jeszcze około dwudziestej mamy dwadzieścia sześć stopni więc miasto zamienia się w wylęgarnię szurających klapkami turystów, a bary pękają w szwach. Przyłączamy się do trendu.

Arrowtown / Queenstown

09.01.2018

Dzisiaj spokojne zwiedzanie okolicy. Ruszamy do Arrowtown, które jest starym miastem wydobywaczy złota. W latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku gorączka złota uczyniła z tej mieściny tętniące życiem skupisko kilku tysięcy osób. Z kolei sto lat później było to już miasto widmo z około stu mieszkańcami, aby dzisiaj odrodzić się jako miejsce rekreacji.

Jest bardzo ciepło i szwendamy się podziwiając stare domki i zgadując jaki panował tu kiedyś klimat. Jest na przykład kilka domków po chińskich poszukiwaczach złotego kruszcu, którzy napływali tutaj w okresie największej gorączki. Teraz gorąca jest tylko kawa i pełne słońce w południe. Dlatego przenosimy do pobliskiego Heyes, gdzie robimy obchód wokół miejscowego jeziora. Kolejny raz zadziwia nas skrupulatność z jaką zorganizowane są tutaj szlaki turystyczne. Są zawsze porządnie utwardzone, dobrze oznakowane i szerokie na dwie osoby. Dlatego też popularne są rowery, dla których bez problemu dostępne jest większość szlaków. Ścieżka jest bardzo miła, a z niespodzianek to na jeziorze są czarne łabędzie. W ogóle w Nowej Zelandii jest mnóstwo ptaków, których nie widzieliśmy gdzie indziej.

Wieczór w tłocznym mieście. Queenstown to w zasadzie kombinacja licznych barów i restauracji z biurami podróży oraz sklepami. Myślę, że bez turystów miasto by praktycznie nie istniało. Niemniej jest bardzo miło. Znacznie przez te cztery dni wzbogaciliśmy naszą dietę próbując przysmaki z Indii, Malezji i Wenezueli. To naprawdę kosmopolityczny tygiel. A wszystkich łączy białe wino i widok na otaczające nas jezioro otoczone górami.

Pingwiny w Otago

10.01.2018

Opuszczamy Queenstown i kierujemy się na wschód. Okoliczne miasteczka słyną z winnic i faktycznie mijamy ich sporo. Mijamy kultowy most na rzece Kawarau, gdzie powstał pomysł na skoki bunji, a nieduży tłum właśnie oczekuje na skok w kolebce tego sportu. Jest także profesjonalna wytwórnia serów, kupujemy. Dalej trasa wije się wokół większych wzniesień. Zaczynają się sady a na stołach przy drodze sprzedawane są czereśnie, morele, brzoskwinie i nektarynki. Idealnie trafiliśmy w sezon więc korzystamy.

Zatrzymujemy się na chwilę w sennym Crowmell, a na wspaniały lunch w urokliwym Clide. Potem droga przecina pasma górskie, a teren robi się niedostępny i nieprzyjazny. Spalone słońce stoki są zajmowane przez zwietrzałe na słońcu i skruszałe skały. Ogólnie nie wygląda to na sprzyjające warunki do życia, a ten region w Nowej Zelandii charakteryzuje się największymi rocznymi rozpiętościami temperatur. Podziwiamy dzikość.

Dalej trasa spada delikatnie i zaczyna się robić zielono co oznacza, że zbliżamy się do wybrzeża. Docieramy na główną drogę i pojawia się cywilizacja, ruch drogowy i małe miasteczka. Tak dojeżdżamy do Dunedin właściwie Dun Eideann czyli nowego Edynburga założonego przez przybyłych w dziewiętnastym wieku osadników szkockich. Miasto jak większość tutaj jest średnio urokliwe, ale znajdujemy dobrą japońską knajpę. Korzystając z tego, że klimat jest wybitnie studencki posilamy się za niewielkie pieniądze.

Szybko też uciekamy na półwysep Otago na którego końcu znajduje się skała nad którą unoszą się niezliczone stada mew i albatrosów. Nam jednak chodzi o ptaki, które chociaż mają skrzydła to trzymają się blisko ziemi. Blue penguin (pingwin mały) są bardzo małe, najwyżej czterdzieści centymetrów długości i dwa kilo wagi, a jednak wzbudzają podziw wielu. Należy tylko odczekać do zmroku i udać się na punkt widokowy nad plażą. Kiedy słońce dotknie już widnokręgu to na wodzie pojawiają się linie. I przybliżają się ze zdumiewającą prędkością, aby po chwili w niewielką plaże opanowaną przez foki i mewy zaczęły wyskakiwać małe pingwiny. Kolonie w Otago liczy ponad sto osobników i meldują się pojedynczo lub w grupach. Często pojedynczy pływak wyskakuje na plażę, otrzepuje się z wody i … czeka na kolegów. Następnie charakterystycznie kiwając się na boki wspinają się po kamieniach na lądu kierują w stronę gniazd lęgowych. Najciekawsze jest to, że te małe istoty wzbudzają niejaki respekt często większych od nich albatrosów, o fokach nie wspominając, które wyraźnie schodzą im z drogi. Przyznam, że całość wygląda trochę jak z kreskówki, ale przeżycie niezapomniane. Siedzimy, aż wygoniły nas służby parku.

Półwysep Akaroa

11.01.2018

Znowu w drodze. Tym razem na północ domykając dużą pętlę rozpoczętą w Christchurch. Jedziemy główną trasą wzdłuż wybrzeża wracając do prowincji Cantenbury. Teren robi się raczej płaski, lekko zurbanizowany i mniej inspirujący.

A jednak trafiamy na perełkę, którą stanowią Moeraki Boulders. Są to niesamowite sferyczne formy kamienne, które skrystalizowały się przed pięcioma milionami lat i teraz są wypłukiwane przez ocean. Ich widok leżących na plaży jest niesamowity, ponieważ przy okazji te dwumetrowe w średnicy głazy są jakby posklejane wewnętrznie i rozpadają się w spektakularny sposób. Przy odrobinie wyobraźni wygląda to trochę jakby kamienne jaja olbrzymich stworów z których coś się wykluło. Lekko w klimacie Obcego. Absolutnym hitem jest jeden głaz, który wygląda jak Gwiazda Śmierci. Przypadek? Czy zwiastun ostatniego epizodu słynnej sagi?

Celem na dzisiaj jest półwysep Akaroa, który jest pierwszym siedliskiem Francuzów na wyspie. Wciąż można tu spotkać zarówno potomków pierwszych osadników jak i wypiekane bagietki. Jednak Nowa Zelandia już nas żegna, bo temperatura spadła i jest deszczowo. Zdecydowanie lato nad Bałtykiem, a szkoda bo jesteśmy w nadmorskim kurorcie i przy lepszej pogodzie możliwa jest kąpiel z delfinami. Zamiast tego robimy imprezę opartą na Pinot Noir, owczym serze oraz uwielbionym przez nas biltongu (suszone płaty polędwicy wołowej, idealne na trekkingi).

Powrót

12.01.2018

Zdajemy samochód na lotnisku, służył nam wiernie pokonuję dobrze ponad trzy tysiące kilometrów. Teraz tylko krótki lot, może dwie przesiadki oraz trzydzieści godzin i jesteśmy w domu. Opuszczamy krainę mchu i paproci, która z jednej strony jest trochę za bardzo cywilizowana i ugrzeczniona, a z drugiej strony jest piękna, czysta, dziewicza i szalenie zróżnicowana.