Pekin i Szanghaj

Pekin – pierwszy kontakt

2013-04-27

Przylatujemy o 5 rano chociaż zegar biologiczny pokazuje 23:00 dnia poprzedniego. Pierwsze wrażenie to czyste i przemyślane lotnisko, choć kontrola imigracyjna trwa godzinę. Następnym wyzwaniem jest pozyskanie yuan’ów czyli „pieniądza” i tutaj zagadką jest używanie równolegle drugiej nazwy waluty – renminbi – dosłownie „waluta ludowa”. W każdym razie wszystkie banknoty są z wizerunkiem Mao Zedonga i nie da się ich zdobyć w Polsce, ponieważ waluta jest wciąż niewymienialna. Zdradziecki okazał się bankomat, którego klawiatura jest umieszczona odwrotnie co tłumaczy dwukrotnie wprowadzony nieprawidłowo pin.

Taśma podała nam bagaż a Starbucs kawę, więc zadowoleni wsiadamy do busa. Droga do hotelu to niecałe 30 km, ale ze względu na poranny korek trwa ponad godzinę. Wrażenie robi ogrom miasta, ponieważ przez cały czas mijamy po drodze gęsto położone wysokościowce. Korek jest ogromny jak samo miasto, a wrażenie naszego zagubienia dopełnia smog, który rozmywa kształty nawet bliskiej perspektywy. Hotel jest super i zmęczenie dosłownie ścina nas z nóg. Wstajemy jednak w południe i ruszamy na rekonesans. Dwukrotnie sprawdzamy mapę i idziemy, idziemy, idziemy… w złym kierunku. Trafiamy do miłego parku Ritan, który osłania nas od zgiełku miasta. Chińczycy spacerują i ćwiczą tai chi, a my już zagubieni zaczepiamy białego. Paul jest siedemdziesięcioletnim Amerykaninem i poprowadzi nas do najbliższej stacji metra. Mieszka tu od 15 lat z Chinką i jest to jak mówi „learning experience”. Po drodze opowiada o smogu, który teraz nie jest zły, ale na początku roku był straszny. Rzeczywiście sprawdzam stężenie PMI 2.5 (podawane codziennie przez stację meteo przy ambasadzie amerykańskiej) i jest 58 czyli źle. To źle to jest dobrze, ponieważ norma to 35, a w styczniu były odczyty sięgające 1000! Z zawadiackim „Welcome to Beijing!” Paul odprowadza nas na stację. Trafiamy pod Zakazane Miasto, ale o tej porze jest już zamknięte. Mury robią wrażenie, a baszty są pięknie podświetlone, co dobrze rokuje na jutrzejsze zwiedzanie.

Wracamy przez Wangfujing czyli handlowy deptak gwarny o każdej porze dnia i nocy. Czujemy w końcu smak Azji mijając kramy ze skorpionami, świerszczami, larwami i wszystkim innym co można upiec na grillu. Docieramy do hotelu i przy drinku omawiamy pierwsze wrażenia. Miasto jest bardzo duże, ale znaczniej bardziej cywilizowane niż sobie wyobrażaliśmy. Jest za to mnóstwo luksusowych butików i drogich aut, ale może to kwestia dzielnicy hotelowej w której mieszkamy. Zdziwiła nas także mała liczba białych, spotkaliśmy pojedyncze osoby zupełnie ginące w gęstym tłumie Chińczyków. Może wypłoszyła ich ptasia grypa a może ostatnie burze piaskowe i smog?


Zakazane Miasto

2013-04-28

Dzisiaj robimy zwiedzanie z przewodnikiem w dłoni i po szybkim śniadaniu idziemy bezpośrednio do Zakazanego Miasta. Jest tłoczno za sprawą turystów, ale Chińskich. Białych bardzo mało. Wchodzimy przez Bramę Południową do kompleksu cesarskiego, gdzie przed długie wieki zwykli śmiertelnicy nie mieli wstępu. Pokolenia przekazywały sobie plotki i domysły co jest w środku, nigdy nie mogąc się o tym przekonać. Sam kompleks jest rozległy i stanowi nisko zabudowaną enklawę, jakby wyspę wśród pnącego się ku chmurom miasta. Idziemy przez bramy, place, świątynie i ogrody. Robi wrażenie, choć tłok nam przeszkadza. Potem wspinamy się na Wzgórze Węglowe, z którego rozwija się panorama miasta. Smog uniemożliwia pełny ogląd, niemniej jak okien sięgnąć widać wysoką zabudową miasta, a u naszych stóp rozciąga się kompleks pałacowy oraz otaczający go park i jeziora.

Riksza zabiera nas na Plac Tiananmen. Ten największy plac na świecie otoczony jest sześcio pasmową jezdnią, a z Bramy Niebiańskiego Spokoju od 1949 roku spogląda ogromny portret Mao. Chińczyków jest sporo, ponieważ mają coś na kształt długiego weekendu i ambicją wielu jest zrobienie sobie pamiątkowego zdjęcia właśnie z Mao. Policja rozpoczyna już przygotowania do parady z okazji 1 maja. Ciekawostką jest, że ich elitarne jednostki poruszają się po mieście Hummerami. Widok tych samochodów przejeżdżających pod okiem Mao wygląda trochę ironicznie. Korzystając z przenośnego toy toya zobaczyłem Chińczyka, który w kucki załatwiał grubszą potrzebę równocześnie jedząc. Niechybnie jest mistykiem pokazującym w ten sposób symboliczny zamknięty obieg energii w przyrodzie. My tymczasem szukamy raczej miłej kawiarni ze stolikami za zewnątrz jako, że ociepliło się znacząco. Żadnej nie znaleźliśmy, więc zadowalamy się budą serwującą szaszłyki z baraniny. Po otarciu z tłuszczu są nawet smaczne.

Następnym celem jest Świątynia Nieba położona nieopodal placu. Ponownie nie doceniliśmy rozmiaru miasta, bo niewielki spacer na południe okazał się być sześciokilometrową przeprawą. Czuje mocno nogi, ponieważ rano jeszcze biegałem. Świątynia jest taoistyczna, a wykorzystywana była w czasach dynastii Ming i Qing do modłów o obfite plony.

Wracamy już metrem, aby na Wangfujing spożyć słynną kaczkę po pekińsku. Jednak dowiadujemy się: „mister, no more ducks!”, co oznacza zmianę planów. Stoimy nieco bezradnie i ta determinacja skutkuje. Kelner mówi, że niedaleko jest restauracja, której nie ma w przewodnikach i też ma bardzo dobre kaczki. Dostajemy na karteczce plan, który doprowadza nas do … nory. Twardo wchodzimy wzbudzając niejakie zainteresowanie lokalsów. W środku panuje klimat – nazwijmy to – rustykalny, więc zaczynamy od zamówienia alkoholu. Kaczka okazuje się być porażką. Ot kilka tłustych plastrów z piersi, a cała reszta ptaka jest podana jako wrzutka do mocno zabielanego rosołu. Biorąc pod uwagę wysoką cenę nie można tego nazwać inaczej niż naciąganiem białych. Idziemy sobie na drinka.


Wielki Mur

2013-04-29

Wstajemy dosyć późno, bo w końcu odsypiamy. Na śniadanie pierożki wonton i powoli przestawiamy się na azjatyckie jedzenie, chociaż przy śniadaniach właśnie najbardziej koliduje to z przyzwyczajeniami. Jack z lokalnego biura podróży pojawia się punktualnie o 13:00 i wyruszamy na odległy fragment muru mając nadzieję, że ominiemy tłumy turystów i zobaczymy zachód słońca. Z powodu korków dojazd trwa prawie trzy godziny i zaczynamy dziarsko trekking w Jiankou. Samo wejście na pasmo gór jest dosyć łatwe i zajmuje godzinę. Tak zdobywamy pierwszą basztę i rozciąga się przed nami stary fragment muru, już bardzo pokruszony zębem czasu. Mijamy tego dnia dosłownie kilkanaście osób, także cel udało się osiągnąć.

Murem ruszamy na wschód ciesząc się z kameralnej atmosfery. Początek jest śliski i nieco zdradliwy, ale w miarę wędrówki z części „not for tourists” docieramy do fragmentu Mutianyu. Mur jest piękny i tylko wyobrażamy sobie, że budowany był od III wieku p.n.e. osiągając ponad sześć tysięcy kilometrów długości. Obecny kształt osiągnął podczas dynastii Ming w XV wieku, gdy spiął teren od Korei do pustyni Gobi. Jego celem była obrona przed Mongołami oraz ochrona jedwabnego szlaku. Niemniej i tak został sforsowany przez Mandżurów, którzy podbili obecny teren Chin w XVII wieku.

Po około czterech godzinach trekkingu obserwujemy piękny zachód słońca i pozostaje nam tylko zejść do wioski położonej w dolinie. Z przerażeniem odkrywamy tam zagłębie sklepików oraz dwa wyciągi krzesełkowe. Tylko wyobrażamy sobie jak musi tu być tłoczno w bardziej popularnej części dnia.

Wieczorem w hotelu organizujemy sobie poranny transport na lotnisko odkrywając, że można to zrobić cztery razy taniej niż pierwszego dnia.


Szanghaj

2013-04-30

Wielkość Chin pokazuje komunikacja Pekin-Szanghaj czyli 1300 km do pokonania. Pierwsza opcja to pociąg, który jedzie 4,5h i odjeżdża co 15 minut. Druga opcja to samolot, który pokonuje tą trasę w niecałe 2h latając co godzinę. My wybieramy tą drugą opcję i zdumienie budzi to, że spory Airbus 330 jest całkowicie wypełniony. Poprzedni lot był pół godziny wcześniej. Skąd bierze się tyle ludzi?!

Szanghaj wita nas bardziej egzotycznym klimatem. Wegetacja jest tutaj na późniejszym etapie, więc już teraz jest bardzo zielono i ciepło. Rano padało, ale teraz już wychodzi słońce. Gdzieniegdzie pojawiają się palmy, a z taksówki możemy podziwiać kolejne morze wysokościowców. Ze swoimi 23 milionami mieszkańców Szanghaj jest nawet większy niż Pekin. Położone w delcie Jangcy miasto (dosłownie „miasto na morzu”) to finansowa i gospodarcza stolica Chin. Jest też bardziej klimatyczne i przyjazne w przeciwieństwie do monumentalnego i pompatycznego Pekinu.

Zaczynamy od Świątyni Nefrytowego Buddy, która jest jakby wciśnięta w nowoczesną architekturę miasta. Potem przejeżdżamy na Plac Ludowy, nad którym zachwyca się panna Happy – nasza przewodniczka. My widzimy muzeum narodowe, ratusz i park, ale wielkiego zachwytu nie osiągamy. Raczej perswadujemy, że zamiast KFC wolimy zjeść shabu shabu, co ponownie bardzo cieszy pannę Happy.

Udajemy się na do starego miasta i oglądamy ogród Yuyuan oraz gwarny bazar. Tutaj ponownie doświadczamy potęgi Chińczyków, ponieważ miejscami tłum nas po prostu niesie. Niemniej jest bardzo urokliwie i nie przeszkadzają zbyt mocno sprzedawcy podrabianych zegarków i torebek. Cóż, przynajmniej nie kryją, że towar mają z Chin.

Wsiadamy na statek, aby z rzeki Huangpu podziwiać z jednej strony bulwar Bund z klasyczną zabudową miejską, a z drugiej strony Pudong z centrum biznesowym. Zachodzi słońce dając okazję do pięknych zdjęć, kiedy błyszczące budynki rozświetlają się dodatkowo blaskiem neonów i reklam.

Szybka kolacja i zakwaterowanie w hotelu, aby wyruszyć na nocne atrakcje miasta. Happy przygotowała nam karteczkę z napisem „zabierz nas do Xintiandi, proszę”, więc śmiało łapiemy taksówki. Z głupoty albo jet lagu zapomniałem komórki i taksówki rozdzielają się lądując w zupełnie innych miejscach. Szczęśliwie odnajdujemy się wszyscy idąc nieomylnie w kierunku gwarnego deptaku mieszczącego modne kluby. Drinki, muzyka, jest klawo. Wracamy do hotelu o trzeciej.


Zhouzhuang

2013-05-01

Masakra, bo trzeba wstawać już po trzech godzinach snu. Pomimo święta pracy i wczesnej godziny na okolicznej budowie już gwarno. To obrazuje rozwojowy pęd Chin.

Ruszamy do Zhouzhuang i trzeba zdążyć przed porannymi korkami. Na wpół żywi pakujemy się do busa i ruszamy. Wielkomiejski krajobraz ustępuje miejsca wsiom i polom, ale wciąż teren jest mocno zurbanizowany i nad podziw zadbany. Docieramy do celu i z góry żałujemy. Tłum jest epicki. Chyba wszyscy tu przyjechali, żeby odpocząć od wielkiego miasta. Zhouzhuang jest pięknym starym miasteczkiem położonym nad wodą. Jego strukturę tworzą malownicze domki położone nad gęsto siecią wąskich kanałów z uroczymi kamiennymi mostami przerzucanymi nad wodą. Wyobrażamy sobie, że normalnie musi tu być pięknie, ale dziś walczymy o przeżycie z napierającym zewsząd tłumem. Wskakujemy na łódkę i wyruszamy w krótki rejs po kanałach, chwilowo uciekając tłumowi, niemniej wracamy dość szybko z powrotem. Nie starczyło już sił na zwiedzanie wnętrz domków czy kontemplowanie widoków w małych kawiarniach.

Wracamy do Szanghaju i kierujemy się do dzielnicy Pudong, aby wjechać na słynną wieżę telewizyjną – Perłę Orientu. Tutaj na wysokości 263 metrów podziwiamy panoramę Szanghaju, a zwłaszcza otaczających nas drapaczy chmur dzielnicy Pudong. Wokół jest dzielnica, która wytwarza PKB równe jednej dziesiątej Polski (ponad 50mld USD).

Szybkim tempem udajemy się do Muzeum Szanghajskiego, gdzie znajduje się najlepsza w Chinach kolekcja starożytnej sztuki. Ekspozycja jest bardzo logicznie i przejrzyście zaprezentowana, więc w krótkim czasie możemy wyrobić sobie zdanie o rzeźbach, kaligrafii, malarstwie, ceramice czy meblach. Najbardziej podobają mi się misternie wykute w jadeicie figury, a także wytworzone z brązu i kamienia posągi buddyjskie. Ciekawa jest również ceramika, zwłaszcza ta klasyczna z dynastii Ming. Co ciekawe jej niebieskie zdobienia nie wywodzą się z tradycji starożytnych Chin, ale powstały na zamówienie kupców z krajów muzułmańskich a potem Europy.

Obiad jemy machinalnie tęskniąc już nieco za lepszą kuchnią. Jednak Chiny nie zachwycają nas kulinarnie i tęskno wspominam potrawy Tajlandii czy Sri Lanki. Lot do Pekinu jest późno, w hotelu jesteśmy po północy. Ponownie zadziwia nas dobra organizacja Chińczyków, jako, że ponad dwustuosobowa kolejka po taksówki zostaje sprawnie rozładowana w około pół godziny.


Pałac Letni

2013-05-02

Wstajemy dosyć wcześnie, aby ostatni dzień w Pekinie wykorzystać dobrze. Udajemy się od razu do Pałacu Letniego i kolejny raz podziwiamy metro, którego siedemnaście linii rozprowadza ludzi po 221 stacji obejmujących ogromny obszar miasta. A wszystko bardzo czytelnie opisane i szybko działające przy bilecie kosztującym złotówkę. Niesamowite, że w roku 2000 metro miało tylko dwie linie.

Kompleks Pałacu Letniego jest rozległy, ponieważ zawiera pałac cesarski, liczne pawilony, a także park ze sporym jeziorem. Pełna nazwa to Ogród Pielęgnowania Harmonii i od XII wieku pałac służył cesarzowi za podmiejską rezydencję. Niestety odniósł sporo zniszczeń zwłaszcza podczas drugiej wojny opiumowej (1860), a także podczas powstania bokserów i w czasach późniejszych. Wdrapujemy się na dosyć strome podejście, gdzie ze Wzgórza Długowieczności rozciąga się wspaniały widok na jezioro Kunming i położony na wyspie Pawilon Oczyszczenia Serca. Spacerujemy wzdłuż jeziora i trzeba przyznać, że Pałac Letni jest znacznie przyjemniejszy dla turysty niż Zakazane Miasto.

Następnie przeskakujemy metrem do parku Yuanmingyuan, gdzie znajdują się ruiny rezydencji cesarskiej. Ten Ogród Doskonałości i Blasku nie świeci już blaskiem, ponieważ także został złupiony podczas drugiej wojny opiumowej. Idziemy przepastną ścieżką parkową doceniając zadbanie parku i jego piękno budzącej się wiosny. Niemniej dystans jest ogromny i korzystamy z pomocy meleksa. Same ruiny jednak nie zrobiły na nas wrażenia, więc zbieramy się z powrotem do centrum Pekinu.

Obchodzimy położone nieopodal Zakazanego Miasta hutongi czyli pozostałości dawnej niskiej zabudowy miasta. Nie zostało tego wiele, ponieważ hutongi są systematycznie burzone, aby oddać cenny grunt pod budową wieżowców. Tego dnia chodzimy bardzo wiele i w hotelu jesteśmy już po 21:00. Jeszcze tylko pakowanie bagaży i poranny lot do Polski.