Turkana

Dzień 1 – Nairobi

2012-08-24

Wita nas znane Jumbo i zapoznajemy się z Land Roverem, który będzie nam towarzyszył przez cały wyjazd. Poranek jest dosyć chłodny i nasz sześcioosobowa gromada sunie przez niezbyt reprezentacyjne części Nairobi, mijając slumsy Kibera. To wyzwanie dla organizacji humanitarnych i wiele inicjatyw pomocowych poniosło klęskę próbując wprowadzać tu rozwiązania, które zazwyczaj okazały się być nie trafione np. moskitiery, które stłumiły lokalną produkcję i obecnie nie są naprawiane albo szalety, które zostały rozebrane, bo materiał bardziej przydał się na dachy domów.

Po szybkim śniadaniu u – nazwijmy go – znajomego ruszamy na zachód robiąc przystanek w pobliskiej fabryce biżuterii Kazuri. Ten początkowo niewielki zakład zatrudnia obecnie ponad trzysta kobiet, które z lokalnej gliny w dobrych warunkach pracy wytwarzają produkty znajdujące odbiorców na całym świecie. W międzyczasie okazuje się, że nie przebijemy się nad jezioro Baringo, ponieważ niedawne opady zalały teren grożąc podtopieniem domków. Szybka zmiana i suniemy w kierunku jeziora Naivasha, a po drodze mijamy znajome hale z różami, które codziennie transportowane są do Holandii by stamtąd już jako europejska uprawa trafiać m.in. do Polski (więcej w ciekawym dokumencie Blooming Business).

Kwaterujemy się w miłych lodgach, ale wcześniej w wiosce u zaprzyjaźnionej rodziny Teresy jemy pierwszy kenijski obiad. Spotykamy też Petera, Niemca, który wyemigrował do Kenii dawno temu w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach. Teraz, żyje tak jak czarni i rozmawiamy na ile wtopił się w kulturę suahili.

Kto tam? Hipopotam! Leżąc w nocy w namiocie słyszymy znajome odgłosy.


Dzień 2 – Lake Naivasha

2012-08-25

Całą noc lało co jest dosyć dziwne o tej porze roku, ale globalne anomalie pogodowe spotykają nas już często. Wciągamy chleb z bananów, wokół biegają antylopy i małpy, więc jest klawo. Wkrótce jesteśmy już w łodzi i podziwiamy okolice. Jezioro jest tak zarośnięte, że miejscami wydaje się jakbyśmy płynęli łodzią po trawie. Spotykamy całe mnóstwo ptaków, ale tylko dwa hipopotamy – w tym jeden martwy. Ten żywy za to prycha już z daleka, więc nie zbliżamy się zbytnio. Wychodzimy na ląd i spotykamy pierwsze żyrafy, gnu i impale. Nad nami gromadzą się ciemne chmury, więc nie jedziemy nad jezioro Nakuru, ale do pobliskiego akweny, gdzie spotykamy stado flamingów. Radosny piknik nie trwa długo, bo deszcze nie odpuszcza.

Przenosimy się zatem do pobliskiego baru, gdzie zaczynamy przygodę z lokalnym rumem i jak najbardziej znajomą colą. Do tego zajadamy mandazi, a impreza płynnie przenosi się z powrotem do lodgy, gdzie poruszamy temat czy słowo murzyn jest obraźliwe. Okazuje się, że ma wydźwięk pejoratywny i powinniśmy używać określenia czarni. Tak oto Marcin rozpoczyna naszą edukację. Nurtuje mnie od dawna kwestia bardzo wolnego rozwoju Afryki w stosunku do innych kontynentów. Ustalamy, że Afrykanie mają takie podejście, że wiele rzeczy akceptują biernie i działają tylko jeśli uznają to za stosowne. Po prostu w miejscach dla nas oczywistych, oni nie mają potrzeby zmiany sytuacji. Dlatego na przykład przeprawa w Mombasie jest realizowana przez zdezelowany prom, podczas gdy zbudowanie tam mostu wydaje się stosunkowo tanie i bardzo proste.

Zasypiamy wśród jazgotu ptaków i chrumkania hipopotamów.


Dzień 3 – Droga do Malalal

2012-08-26

W nocy padało, ale poranne trele budzą nas z nadzieją na pogodę. Wyruszamy wcześnie i zatrzymujemy się przy wodospadzie Thompsona. Po drodze podziwiamy afrykański sposób łączenie lokalnych strojów plemiennych z garniturami czy butami na obcasach. Wszystko w warunkach, gdzie dróg asfaltowych już nie ma. Przy okazji rozważamy w jakim stopniu biali mogą ingerować w lokalne zwyczaje w imieniu demokracji i praw człowieka. Jest to niełatwe, ponieważ szczery skądinąd sprzeciw wobec obrzezania kobiet, powoduje, że te nie obrzezane są odrzucane przez społeczeństwo i nie znajdują mężów.

Krajobraz jest urozmaicony, widzimy pasące się zebry, a teren jest lekko pofałdowany. Dosłownie w środku niczego znajduje się obóz hodowców wielbłądów. W pobliskim Maralal dwa dni wcześniej odbywały się regionalne gonitwy wielbłądów, więc okolica żyje jeszcze niedawnymi wydarzeniami. Wokół walają się folie, a smród od zwierząt jest tęgi. Lekka burza trochę tłumaczy brak prądu, a próby uruchomienia diesla kończą się niepowodzeniem. Przydają się czołówki, ponieważ wciąż pada, zapadł już zmrok, a próby znalezienia świeczek również zakończyły się niepowodzeniem. Kwaterujemy się w domkach, które jeśli w ogóle miały okres świetności, to najpewniej dawno temu. Jest mocno brudno, okno jest stłuczone, a z ubikacji roznosi się lekki fetor. Aha, więc wszechobecny zapach, to nie tylko wielbłądy.

Grupa integruje się wokół whisky i czekamy na kolację. Dostaliśmy kozinę i nawet smakowała, dopóki ktoś nie zapalił latarki i okazało się, że kozia broda (a przynajmniej niektóre włosy) jest też częścią dania. Decydujemy się znikać do Maralal, gdzie wbijamy się do hoteliku Cheers, gdzie oni mają wodę, my whisky, chociaż prądu nie ma nikt. Niezwłocznie rozpoczynamy imprezą, która osiągnie epicki status…


Dzień 4 – Dwa trekkingi

2012-08-27

W Maralal mieszkała bohaterka i autorka opowiadania Biała Masajka. My dzisiaj w planie mamy trekking i wizyta w wiosce Samburu. Maralal ma swój śmiguśny klimat i po chwili chyba większość mieszkańców przybyła, żeby przyjrzeć się białym. Miejscowość zdecydowanie nie jest rozległa i na środku znajduje się rynek, gdzie kupujemy tytoń, mąkę i cukier. Chociaż głównie tytoń.

Jedziemy dżipem w kierunku wzgórz, ale przygoda nie trwa to długo. Na jednym mostku samochód stacza się w bok i zawisł tak, że lewe tylne koło spogląda w kierunku położonej kilka metrów niżej rzeczki, a prawe przednie kręci się w powietrzu. Kontynuujemy na piechotę, licząc że samochód zostanie wyciągnięty i nie został uszkodzony. Teren fałduje się lekko i wchodzimy na wzgórza. Nieco zdradliwe rozlewiska upewniają nas, że warto było nawoskować buty. Docierając do wioski mijamy zarówno kozy i krowy, jak i pasące się zebry.

Lud Samburu, pierwotnie wyłącznie pasterski jak Masajowie, teraz osiedla się na dłużej. Niemniej cała wioska to trzy Manyatty, otoczone palisadą. Te gliniano-drewniane domki są bardzo skromne i mieszkańcy nie mają nic oprócz kilku naczyń, stołków i legowiska. Śmierdzi intensywnie odchodami zwierząt, ponieważ są trzymane przy domkach i nikt nie zbiera ich odchodów. Przejście tak, żeby w nic nie wdepnąć jest dosyć trudne.

Niemniej jest bardzo gościnnie, my wręczamy tytoń, a dostajemy herbatę z mlekiem i tabakierkę. Mocne, kichałem trzy razy. Gospodarze to mąż z dwiema żonami i szóstką dzieci. Przychodzą też wojownicy, którzy wypasają bydło proponując nam rzucanie dzidą. Trzeba przyznać, że z naszych nieporadnych prób mają wiele uciechy.

Żegnamy się i lunch jemy już poza wioską spożywając chiapati, banany i ugali. Zastanawiamy się czy ludzie tak biedni mogą być po prostu szczęśliwi? Czy nie pragną dóbr materialnych? W międzyczasie z opresji został wyciągnięty nasz samochód i wracamy do Maralal. Podejmujemy decyzję, że zamiast jeździć na wielbłądach ruszamy od razu dalej na północ. Wprawdzie jest późno i nie powinniśmy jeździć po zmroku, ale prawie się zmieścimy.

To jednak miał być długi dzień i czterogodzinna jazda zajęła nam dziesięć godzin. Już po zmroku, w środku buszu, zepsuł się samochód. Tak konkretniej. Siedzimy na drodze popijając piwo i obserwując gwiazdy czekamy na inny transport.

Jakiś czas później jedziemy na pace zastępczego auta i obserwujemy gwieździste niebo. Trzęsie niemiłosiernie, ale jest w tym wiele magii. Około pierwszej w nocy dojeżdżamy do małej wioski z której jest tylko godzinę stromej wspinaczki do naszej lodgy. Trzeba przyznać, że ten drugi trekking nie był planowany i mocno nas sponiewierał. Obiad jemy już po drugiej w nocy czyli relatywnie późno. Niemniej jest pyszny i poznajemy drink – dawa-dawa, który będzie nam odtąd towarzyszył.

Kwaterujemy się w przepięknej lodgy, która jest całkowicie wykonana z drewna cedrowego, włącznie z toaletą i wanną. Na dodatek nie ma jednej ściany, więc znajdujemy się jakby w buszu. Padamy na łóżko i odpływamy.


Dzień 5 – Desert Rose

2012-08-28

Wstajemy późno i jemy świetne śniadanie, a wokół podziwiamy dziewiczą przyrodę. Okazuje się, że nieco wcześniej dojechał nasz kierowca – Koi Kai, który jakoś naprawił silnik w środku buszu, ponieważ sam też bał się tam zostać na całą noc.

Wylegujemy się czytając książki i sącząc drinki. Myśli zakłócają jedynie bandy pawianów i pranie, które zostawiliśmy na barierkach. Ulubieńcem zostaje mała antylopa dik dik, która została przygarnięta i jest karmiona mlekiem przez strzykawkę.

Przed wieczorem robimy krótką wspinaczkę na pobliskie wzgórze, z którego podziwiamy zachód słońca szukają sygnału operatorów komórek. Desert Rose jest położone na około dwóch tysiącach, więc noce są zimne. Gromadzimy się przy kominku i gadamy. Czy w Afryce możliwe są utopie? Czy biali mogą tu przyjechać w poszukiwaniu beztroski i szczęścia i je znaleźć?

Zasypiamy w domku bez ściany słuchając odgłosów buszu. Czy to był ryk lamparta czy tylko wyobraźnia?


Dzień 6 – Desert Rose cd.

2012-08-29

Budzimy się gwałtownie, bo coś skacze po dachu. Na wiewiórkę to zbyt ciężkie, więc pewnie pawiany. Ranek jest bardzo chłodny, ale słońce już wstaje. Idziemy do pobliskiego strumyka, gdzie natura wyżłobiła naturalne zjeżdżalnie. Rozpędzamy się jadąc na tyłku strumykiem, aby wpaść do oczka wodnego. Wokół jest jedyna kępa palm i miejsce jest po prostu bajkowe. Równie dobrze smakuje pieczona kozina popijana winem. Możemy tu zostać np. na rok. Księżyc jest w pełni dając bardzo jasną noc. Gwiazdy są wręcz zbyt jasne, żeby były realne.

Rozmawiamy na temat chorób tropikalnych i zastanawiamy się czy ktoś z nas coś złapie. Okazuje się, że malaria we wschodniej Afryce nie ma postaci mózgowej, więc można z nią spokojnie żyć. Czujemy się bardzo uspokojeni.


Dzień 7 – Loiyangalani

2012-08-30

Pawiany też wczoraj bawiły się dobrze, bo mamy wkoło domku prawdziwy małpi gaj. Wyruszamy wcześnie kierując się dalej na północ. Droga jest czerwona i piaszczysta, gdzieniegdzie widać strusie, dik diki i zebry. Mijamy głębokie bruzdy, które wskazują miejsce pojawiania się rzek w porze deszczowej. Obecnie jest bardzo sucho i trudno wyobrazić sobie, że woda miała by wypełnić te mini kaniony.

Dojeżdżamy do South Horr, gdzie pod akacją sączymy nabyte piwo i omawiamy leki przeciwbakteryjne, które są już w grupie potrzebne.

Dalej na północ droga robi się zupełnie piaszczysta i spotykamy pierwsze stada wielbłądów. Mijamy duże grupki Moranów – przystrojonych wojowników, którzy udają się chyba na miejsce inicjacji.

Znowu zmiana krajobrazu i widnokrąg wypełniają spore okrągłe głazy, które opalizują w ostrym słońcu. Są to wulkaniczne odpady, które uderzane o siebie wydają zdumiewająco metaliczny odgłos. Droga jest bardzo wyboista i samochód skacze na tej tarce, niemniej pofałdowany krajobraz urzeka. Praktycznie nie ma tu już roślin i dziwimy się czym żywią się mijane kozy i osły.

Nieoczekiwanie zza wzgórza wyłania się turkusowa tafla jeziora Turkana. Wpadamy na stado wielbłądów prowadzone przez pasterza-wielbłąda. Żywiąc się wyłącznie ich mlekiem pachnie jak wielbłąd, a niesamowitego wyglądu dodaje mu nieziemskie spojrzenie spowodowane zażywanymi narkotykami. Mówi do nas, chyba coś miłego, ale niestety nie potrafimy się komunikować. Zwierzęta patrzą na nas z nieufnością i zdziwieniem, ale w końcu lider stada daje przykład i cała gromada omija nas szerokim łukiem.

Jedziemy już wzdłuż brzegu jeziora w nieziemskiej scenerii. Okolica jest wyjątkowo jałowa, jezioro jest słone, a ciągnące się wokół pasma wzgórz są niesamowicie ciemne. Dziwimy się, że Turkana ten właśnie rejon obrali za swoja ojczyznę przybywając tu niegdyś z terenów dolnego Nilu. Woda jest ciepła, lecz daje przyjemne ochłodzenie. Głęboko nie wchodzimy, bo oprócz smacznych tilapii jest tu także jedno z największych skupisk krokodyli.

Jedziemy dalej na północ i co jakiś czas wyłaniają się wioski Turkana, które przypominają pustynne miasta z pierwszej części Gwiezdnych Wojen. Są to jakby iglo zbudowane z gałęzi i liści. Okoliczne dzieci biegają często nagie.

Docieramy do Loiyangalani, mieściny w środku nicości. W sklepie zaopatrujemy się w to co mają czyli lokalny brandy i colę. Niesamowite jest to, że absolutnie wszędzie można dostać colę. Nocujemy w Moseratu, liściastych domkach prowadzonych przez kobiety z ludów Elmolo, Samburu, Rendille i Samburu. Jest ich prawie sześćdziesiąt i wszystkie odeszły od złych mężów, aby razem prowadzić tą spółdzielnie. Idea jest chwalebna, ale wykonanie niezbyt. Mamy obdarty prysznic, który czerpie wodę z gorącego źródła. Niemniej sanitariaty i higiena są bardzo złe. Niewątpliwie poszerzają naszą definicję tego co możliwe.

Siedzimy na zewnątrz przy jedynym częściowo połamanym stole, a noc jest wciąż bardzo ciepła. Naprędce zebrana grupa prezentuje lokalne tańce. Nie mają instrumentów i zadziwiają poczuciem rytmu, przy czym sami zdecydowanie dobrze się bawią w rytm klaskania i podskoków. Motywem większości pląsów są stosunki damsko-męskie i dzięki temu przekaz jest raczej uniwersalny.

W gównianych domkach, jak je ochrzciliśmy, wciąż panuje upał pomimo środka nocy. Nacieramy się mocno Autanem i wchodzimy pod poszarpaną moskitierę. Zgodnie z ostrzeżeniami wkrótce zaczyna wiać. Początkowo jest to przyjemny zefirek, ale potem przechodzi w wichurę, która tradycyjnie nadchodzi z półpustyni. Jest to zbawienne, bo w rytm miotających się palm, upał znika a komary nie są w stanie latać.

Budzę się o 4 nad ranem i spoglądam przez otwór w domku. Wiatr dmie niezwykle silnie i jest w tym odgłosie coś niesamowitego.


Dzień 8 – Jezioro Turkana

2012-08-31

W nocy jednak insekty nie próżnowały. Czoło mam całe pogryzione, ale podobno to nie komary. Nie dopytuję co to mogło być.

Wyruszamy do wioski Elmolo. Ten waleczny lud niegdyś polował na hipopotamy i krokodyle, a obecnie wegetuje żyjąc z rybactwa. Dodatkowo zostało już tylko kilkudziesięciu przedstawicieli i wkrótce lud rozmyje się w znacznie liczniejszym Turkana. Oprowadza nas chłopak o jakże pragmatycznym imieniu Number Two. Niewielka wioska suszy ryby i korzystając z naszej obecności oferuje rękodzieła. Kupujemy lalkę Turkana, która przywodzi na myśl voodoo i jest mocno szpetna. Niemniej jej włosy i ubrania wykonane z koziej skóry oprócz intensywnego zapachu mają swój wdzięk.

Ciekawa w Afryce jest komunikacja społeczna, gdzie najbardziej efektywne formy przekazu to murale i teatrzyki. Te pierwsze służą do prostego przekazywania treści jak np. o zgubnym wpływie narkotyków, podczas gdy teatrzyki wystawiana w obszarach wiejskich ilustrują problemy życiowe i wskazują właściwe postawy. Popularne są także przypowieści ezopowe ze zwierzętami, gdzie każde symbolizuje cnoty jak np. sprytny zając czy odważny lew.

Późnym popołudniem udajemy się do jeszcze jednej wioski położonej w środku nicości. Tym razem to lud Turkana i jesteśmy przyjęci bardzo przyjaźnie. Mieszkańcy są bardzo otwarci i radośni, a my poznajemy chłopca o imieniu Aeroplane. Jego imię upamiętnia to, że zagrożony poród został uratowany przez białego, który zabrał jego matkę swoją awionetką do szpitala. Baba Aeroplane, czyli jego ojciec, chwali się pozostałymi sześcioma dziećmi i prezentuje całkiem przyjemną chatkę. Przez tłumacza pytamy o stan jeziora Turkana wobec planów budowy dużych tam w Etiopii. Słyszymy, że to źle, bo jezioro utrzymuje wszystkich w koło co podsumował „Jedna koza rodzi jedną kozę, a jedna ryba miliony ryb”.

Zachód słońca na jeziorem obserwujemy z butelkami w ręku. Jest piękny. Nie dziwne, że w tych okolicach kręcony był film Wierny Ogrodnik.


Dzień 9 – Marsabit

2012-09-01

Wyruszamy dalej na północ, aby z ważnego powodu w jeden dzień przejechać do Marsabit. Droga najpierw wiedzie wzdłuż jeziora i co jakiś czas obserwujemy smukłe postacie z kijami pasterskimi przemierzające te jałowe bezkresy. Potem jest bardzo sucho i tylko raz docieramy do oazy, gdzie wypełnia się wodą niesione przez osły bukłaki. North Horr to już w zasadzie miasto na pustyni, gdzie handlarze wielbłądami przynieśli z Sahary nie tylko wielbłądy, ale także islam. Dzięki studniom wydrążonym przez organizacje humanitarne da się tu przeżyć, niemniej wygląda to jak kolonia na obcej planecie.

Zaczyna się prawdziwa pustynia Chalbi, gdzie mijane często szkielety świadczą o srogich suszach. Pierwszy raz widzę zjawisko fatamorgana i nie przypuszczałem, że jest to tak intensywne złudzenie. Wyobrażam sobie, że przy braku wody i osłonięcia przed ponad czterdziestostopniowym upałem o obłęd nietrudno. Krajobraz jest na przemian piaszczysty na przemian kamienisty i czasami mijamy stada wielbłądów. Trzęsie i kurzy się niemiłosiernie, a nasz kierowca nie ma łatwo.

Z czasem pokonujemy pustynie i nieśmiało pojawia się busz, aby po pewnym czasie wjechać do Marsabit. Nasz hotel jest nazwijmy to na przedmieściach i po raz pierwszy mamy innych „turystów”. Jest to samochód Vétérinaires sans frontières (weterynarzy bez granic) czyli nie będziemy sami. Na ganek wychodzi chłopak w koszulce z napisem „I love Somalia” i robi się trochę nieswojo, bo do somalijskiej granicy jest na tyle blisko, że uzbrojone bandy czasami najeżdżają miasto i okoliczne tereny.

Hotelik ma jeden plus czyli bar na piętrze, gdzie pierwszy raz od dawna jemy mięso. Tam kończymy ten trudny dzień.


Dzień 10 – Powrót na południe

2012-09-02

Poranek w Marsabit pokazuje nam spowite czerwonym pyłem miasto na wskroś muzułmańskie. Widzimy kobiety w burkach oraz kolorowe orientalne szaty, co niezbyt pasuje do typowych obrazów Kenii. W mieście jest teraz spokojnie, ale armia miała sporo pracy, aby utrzymać w ryzach somalijskie bojówki. Zwykli ludzie też nie czekają biernie i większość z nich ma w domu broń.

Wyjeżdżamy wcześnie i mijamy wyłącznie ciężarówki organizacji humanitarnych. Busz zagęszcza się, a droga stopniowo poprawia, bo w pewnym momencie absurdalnie wprost przejść w asfalt. To China Road zbudowana niedawno jako dobry obraz rosnących w Afryce wpływów Chin. Suniemy po czymś o czym zdążyliśmy przez ten tydzień zapomnieć, niby świetnie ale coś jakby straciliśmy. Kilka godzin później docieramy do bram Parku Samburu, gdzie spotykamy … samochód z turystami. Reagujemy na to z pewnym niedowierzaniem, bo ostatnich turystów widzieliśmy osiem dni wcześniej w Naivasha.

Kwaterujemy się w namiotach safari, które są bardzo luksusowe. Niesamowite podczas tej wyprawy jest to z jakimi kontrastami mamy do czynienia. Jeszcze przed zmrokiem wyruszamy na pierwsze safari, gdzie spotykamy małe zwierzątka jak likaony czy dik diki, a także mnóstwo ptaków.


Dzień 11 – Park Samburu

2012-09-03

Śniadanie rzadko kiedy tak świetnie smakuje. Wprost opływamy w luksusy i nawet wyciągamy ostatnie czyste ubrania, żeby nie wyglądać tak jak dzień wcześniej jeszcze nam nie przeszkadzało.

Ruszamy na większe safari, a park okazuje się bardzo zróżnicowany jeśli chodzi o rzeźbę terenu i roślinność. To pozwala na bliskie spotkania z żyrafami, gerenukami, onyksami, impalami, słoniami, strusiami, dik dikami, pawianami, werwetami, susłami, kobami śniadymi, likaonami, krokodylami, a także niezliczonymi jaszczurkami i ptakami.

Korzystamy też z basenu i czuje się jak białas na wakacjach. Trochę to okropne.

Wieczorem sączymy dawa-dawa i pojawiają się żenety. Te pasiaste dzikie koty towarzyszą nam przez wieczór siedząc pod dachem i opuszczając w dół długie pręgowane ogony. A my siedzimy, aż ochrona daje znać, że wyłączają oświetlenie. Dostajemy świeczki i latarki … i kontynuujemy.


Dzień 12 – Park Samburu cd.

2012-09-04

Ranek wita nas okrzykami z namiotu obok, a także odgłosem suwaka zamku. Ciekawe, że zamek się otwiera, a nie widzimy kto go otwiera. Spojrzenie w dół daje odpowiedź w postaci rezolutnej małpki. Niesamowite co te spryciarze potrafią, weszły do namiotu obok (stąd okrzyki) i ukradły zapalniczkę.

Jedziemy dalej w teren i spotykamy dodatkowo guźce, zebry, szakale i gazele Thompsona. Odwiedzamy też Buffalo Spings, ale chwała tego miejsca już przeminęła.

Gratka trafia się przed samym zachodem słońca, ponieważ natrafiamy na lwice, które właśnie coś upolowały. Wieczorem przesiadujemy w wiklinowych fotelach, wciągamy dawa-dawa i wsłuchujemy się w busz. Mamy dziś trudny temat do omówienia, bo jest w grupie problem.


Dzień 13 – Park Aberdare

2012-09-05

Okolica zmienia się wraz z jazdą na południe. Sucha przechodzi w umiarkowaną, islam w chrześcijaństwo, bezludzie w obszary zabudowane, a skrajna bieda w zwykłą biedę. Mijamy równik tym razem przecinając go z północy na południe i droga zaczyna się wspinać. Znowu zmiana, bo robi się bardzo zielono, a pasą się nie osły ale krowy. Widzimy nawet zorganizowane uprawy i zaorane grządki. Teren jest mocno pofałdowany i wygląda trochę swojsko, a Park Aberdare położony jest wysoko, ponad dwa tysiące metrów. Mijamy bandę guźców i kolejną gratkę czyli skradającego się do nich lamparta. Słonie i bawoły wydają się tu być stałym fragmentem krajobrazu.

Zatrzymujemy się w miejscu zwanym arką i rzeczywiście jest to jakby ogromny drewniany statek wyrzucony w głąb afrykańskiego lądu. Miejsce jest świetne, ponieważ w pobliżu wodopoju jest bunkier, w którym można się schronić i obserwować zwierzęta z odległości czasami nie większej niż trzy metry. Daje to niesamowity kontakt z naturą i siedzimy jak oczarowani niemal w stadzie słoni. Słuchamy ich odgłosy, chłoniemy zapachy, obserwujemy zachowania. W pewnym momencie pojawiają się hieny, ale słonie zdecydowanie je przeganiają.

Ostatni wspólny wieczór w piątkę, jutro już udajemy się na górę.


Dzień 14 – Mt Kenya – Met Station

2012-09-06

Opuszczamy grupę, która wraca już do Polski i poznajmy Jimmiego, lokalnego przewodnika z którym będziemy wchodzić szlakiem Naro Moru na Point Lenana położony na prawie pięciu tysiącach, u samego szczytu Mt Kenya (szczyt Batian 5199).

Zaczynamy wejście od bram parku na wysokości 2400 i w ciągu niecałych trzech godzin wchodzimy na 3000, gdzie przy stacji meteorologicznej znajdują się drewniane domki. Niestety już na samym początku łapie nas deszcz i przemakają nawet gore texy. Wieczór jest zadziwiająco chłodny i jest nam zimno. Wprawdzie domek ma kominek, ale nie ma drewna. Zbierać nie wolno, bo to park narodowy i po małej drace ze strażnikiem kupujemy pęczek na noc. To ważne, bo musimy jakoś wysuszyć ubrania i buty.

Poznajemy przy okazji dwóch Japończyków, którzy dzielnie rozbijają namiot. Chłopaki są mocno sportowi i mają identyczną marszrutę jak my. W domku obok jest David, Anglik, który już schodzi z góry. Jest zupełnie przemoczony i z radością przyjmuje nasze zaproszenie. Siedzimy przy lampie naftowej i grzejemy się przy kominku, a ubrania mocno parują. David mówi, że po drodze są bagna – słynny „vertical bog” i ogólnie leje od tygodnia. Pomimo pobliskiej stacji meteo nie udaje się od nikogo wydobyć prognoz pogody.

Nagle przychodzi Jimmy i nasi kucharze przygotowali nam smaczny posiłek. Przyznam, że ich obecność w tym miejscu jest absurdalna. Naprawdę mamy większe potrzeby niż ciągnąć z sobą facetów z kuchenką gazową i jedzeniem.

Wychodzimy w las załatwić się i przy okazji umyć zęby, jako że jest to maks toalety. Latarka pokazuje kilka metrów od nas na pewnej wysokości dwa czerwone ogniki. Czujemy się nieswojo i postanawiamy się raczej trzymać koło domku. Potem opisujemy szczegóły Jimmiemu i ten zaniepokojony stwierdził, że prawdopodobnie był to lampart na drzewie.

Wchodzimy w śpiwory, dach przecieka w kilku miejscach, ale kładziemy się na deskach. Drewo się kończy i zapada zupełny zmrok oraz mocny chłód. Jest zimno i źle i poważnie rozważamy czy nie dać sobie spokoju z tym wchodzeniem.


Dzień 15 – Mt Kenya – MacKinders Camp

2012-09-07

Wstajemy o świcie i ponieważ nie pada decydujemy się iść dalej. W następne półtorej godziny zdobywamy sześćset metrów i zaczynamy odczuwać wysokość. Pomimo pochmurnego dnia, na razie nie pada, więc w miarę szczęśliwie przedzieramy się przez pionowe bagno. To z pozoru niewinni wyglądające wrzosowisko i łąka jest tak podmokłe, że można zostać wessanym po kolana albo ześlizgnąć się na grudkach gliny. Potem robi się bardziej płasko i mijamy dziwne rośliny – takie na wpół zdrewniałe drzewo-kaktusy.

Pniemy się ostatkiem sił i prawie przed samym schroniskiem łapie nas deszcz przechodzący w grad. Jest już dosyć chłodno więc przyspieszamy, aby w około sześć godzin pokonać trasę i wspiąć się o tysiąc dwieście metrów. Schronisko Mackinders Camp znajduje się na wysokości 4300 i widać już majaczące we mgle ośnieżone szpice Batian, Nelion i Point John. W środku masakra. Jest to schronisko w tym sensie, że deszcze nie pada nam na głowę, natomiast nie ma w nim absolutnie nic oprócz kilkunastu prycz i dwóch stołów. Nie ma obsługi, kominka, gorącej herbaty, wody czy prądu. Nie ma też nikogo oprócz nas.

Jedynym pozytywnym akcentem są góralki. Te miłe górskie ssaki otaczają nas wesołą gromadą i z ciekawością obserwują. Nie wiem czy doceniają, że dzielimy się z nimi ostatnimi sucharami bieszczadzkimi.

Japończycy dochodzą prawie dwie godziny później, bo musieli dźwigać namioty. Naradzamy się na wspólny atak szczytowy i po szybkiej kolacji chowamy się do śpiworów. Nie wiem czy damy radę wstać w środku nocy i wejść na Point Lenana. To nasza rocznica ślubu i przyznam, że zdarzało nam się ją milej spędzać. Zdecydowaliśmy, że spróbujemy wejść jak najwyżej damy radę.


Dzień 16 – Mt Kenya – szczyt

2012-09-08

Wstajemy o 1:30, jeszcze przed budzikiem. Niebo jest bezchmurne, ale mamy wątpliwość czy damy radę. Serca waliły nam całą noc, co jest objawem choroby wysokogórskiej. Ruszamy o 2:30 i musimy wejść 700 metrów, aby potem zejść 2500, na sam dół.

Maszerujemy rytmicznie w świetle czołówek pokazujących oszronioną i zamarzniętą ziemię. Nawet teraz nie jest całkowicie ciemno, bo księżyc daje zdumiewająco wiele światła. Po jakimś czasie rozgrzewamy się i mija towarzyszące nam ciągle zimno. Wspinamy się bardzo stromo, uważając na obsuwające się kamienie. Sapiemy ciężko robiąc przystanki, niemniej słabniemy mocno. W miarę nabierania wysokości zaczyna pulsować w głowie i zbiera się na wymioty. Dochodzimy na ok 4600, ale rozsądek zwycięża i zawracamy. W tym miejscu do szczytu mamy jakieś dwie godziny i 350 metrów wysokości. Dzielni Japończycy idą dalej sami.

Schodzimy z powrotem do schroniska i w miarę zbijania wysokości nasz stan się poprawia. W schronisku jemy śniadanie i podziwiamy wschodzące słońce. Wydaje się na szczycie widzimy błyski. Może to flesze Japończyków i udało im się? My zwijamy się i idziemy w dół, żeby zdążyć przed deszczem, który najwyraźniej zaczyna się tu ok 13:00. To długi marsz i znowu przemaczamy buty na pionowym bagnie. Na szczęście nie pada, bo zejście w dół byłoby naprawdę trudne. Udaje nam się zejść przed samym deszczem. Żegnamy się z Jimmim, który podwozi nas do hotelu.

Ta przygoda uświadomiła nam granicę słabości, ale też myślę, że wejście może być dużo przyjemniejsze i łatwiejsze przy dobre pogodzie. Sporo frajdy odebrał nam deszcz.


Dzień 17 – Jazda konna

2012-09-09

Nasz ostatni nocleg przypomina szkolne kolonie, choć położony w pobliżu góry jest w bardzo pięknym otoczeniu przyrody. Mamy umówioną i opłaconą jazdę konną, którą potwierdziliśmy jeszcze wczoraj wieczorem. Teraz czekamy, czekamy i po półtorej godzinie czekania odpuszczamy. Jesteśmy praktycznie jedynymi turystami i o naszej jeździe wiedzą wszyscy, łącznie z instruktorem, z którym rozmawialiśmy wczoraj. Natomiast to było wczoraj, a dziś rano już zapomnieli. Myślę, że to kwintesencja afrykańskiego sposobu na życie.

Pozostaje nam zatem spacer i ostatni kontakt z przyrodą. Pod jednym z rozłożystych drzew zbiera się grupa mężczyzn i obraduje przy czym kolejne osoby wychodzą na środek i przemawiają. Sprawdzam i okazuje się, że to sekta religijna szuka swojej drogi do lepszego życia.

Ruszamy jakoś bez żalu i kierujemy się już do Nairobi, zatrzymując się w lokalu ze świetnym grillem. Objedzeni mięsem m.in. wielbłąda i opici argentyńskim winem wsiadamy do wieczornego samolotu.

Tak zobaczyliśmy północną Kenię.