Wielka Migracja

22.07 Prolog
Kontrola graniczna w Dar Es Salaam jest bardzo afrykańska czyli niespieszna i zarazem dla nas niezgłębiona. Mamy komfortowe trzy godziny na wyjście z lotniska międzynarodowego z bagażami i złapanie lotu krajowego do Mwanzy, ale po godzinie stania w kolejce pokonujemy może dwa metry. Stąd inicjatywa, żeby jakoś przyspieszyć. Udało się z kierownikiem zmiany (a przynamniej osobą która miała najwięcej gwiazdek na pagonach i najbardziej srogą minę) i dostajemy priorytet, aby zostać szybciej obsłużonym w łącznie czterech kolejkach. Kolejną godzinę i sto dolarów później jest OK.

W Mwanza lądujemy już w ciemnościach, ale bardzo się cieszymy z widoku Eliasa. Lokujemy się w pobliskim hotelu i rozkoszujemy pikantną tilapią z pobliskiego Jeziora Wiktoria.

23.07 Przejazd do Serengeti
Pierwszy etap to zwykle wymiana pieniędzy. Jest bardzo wcześnie i szukamy kantoru lub banku. Mwanza to drugie co do wielkości miasto Tanzanii, ale chodzi bardziej o ciągnące się pod widnokrąg domostwa niż infrastukturę. Znajdujemy nowo wybudowane centrum handlowe, które już się lekko sypie, pokryte jest piaskiem i kurzem, a także straszy pozamykanymi sklepami. Chodzimy w środku w Eliasem i klimat jest taki, że nagły atak zombi nie wzbudził by mojego zdziwienia. Jest temat na film typu Resident Evil, bo sceneria w zasadzie gotowa.

Drugi etap to pęknięty sandał. Oczywiście przed wylotem był całkiem sprawny i znamy się od wielu podróży. Niemniej dzisiaj właśnie tak go rozsadziła duma, że aż trzasnął. Po drodze zatrzymujemy się więc w jednym z kramików u nazwijmy to szewca. No i faktycznie siedzi człowiek na ziemi i ma niewielkie pudełko-kramik. Nie miałem większych nadziei więc jakże się zdziwiłem jak sztukmistrz wyczarował igłę i nić i raz dwa zszył but. Cała naprawa nie kosztowała nawet dolara, a obydwaj byliśmy szczęśliwi.

Trzeci etap to wydobyć się z Mwanza. Przedmieścia ciągną kilometrami dziurawych dróg, a składają się z kramików, jadłodajni, dzikich i oficjalnych placów targowych, drobnego przemysłu, szkół i punktów przesiadkowych dla busów, rowerów i motocykli.

Udało się i suniemy na północ, aby po czterech godzinach wjechać do Parku Serengeti bramą Ndabaka. Niemal od razu pojawia się piękny pejzaż sawanny, a na nim aż roi się od zwierząt. Droga jest piaszczysto-szutrowa i wije się poprzez rozległe równiny poprzecinane niewielkimi pagórkami. Słońce świeci i jest bosko. O zachodzie słońca dojeżdżamy do lodgy, która jest ukryta w paśmie gór i do ostatniego momentu praktycznie niewidoczna.

No i właśnie te góry mnie zastanowiły jak również podmuch zimna po wyjściu z samochodu. Sprawdzam wysokość i … 1830 m n.p.m. a więc wszystko jasne. Spotykamy Chińczyków w puchowych kurtkach i czapkach, a mamy tylko po jednej cienkiej bluzie typu “ciepły letni wieczór nad Wisłą”, więc będzie wesoło.

24.07 Wielka Migracja
Faktycznie było zimno, ale to głównie ze względu na wiejący mocno wiatr, który z łatwością wlatywał przez nasz dziurawy domek. Wstajemy o szóstej i przemarźnięci chwytamy coś do jedzenia, no i w drogę.

Dzień wstaje po siódmej, a koło dziewiątej jest już palące słońce. Nasz Land Cruiser z trudnem pokonuje wertepy, ale za to widoki są jak w raju. Praktycznie cały czas w zasięgu wzroku są grupy zwierząt, a ich liczebność jest niezgłębiona. Jesteśmy pokrzepieni, że człowiek nie wybił całej dzikiej zwierzyny i w Serengeti właśnie jest jej dom. Sam park jest olbrzymi, a śladów ingerencji człowieka praktycznie nie widać. Lodge schowane są w pagórkach tak, że nie zobaczymy żadnej a jakiejkolwiek innej infrastruktury praktycznie nie ma.

Kierujemy się na północ do wyznaczającej granicę z Kenią rzeki Mara. Tutaj właśnie od wieków odbywa się wielki spektakl natury. Liczące dziesiątki tysięcy stada antylop gnu wraz z towarzyszącymi im zebrami są w nieustannym ruchu, aby zgodnie z porami deszczowymi i do ruchu wskazówek zegara zataczać wielkie trwające rok koła w parku Serengeti i Masai Mara. Tym samym dwa razu w roku olbrzymie stada przekraczają niedużą w sumie rzekę Mara. Właśnie w lipcu zwierzęta migrują na północ do położonego w Kenii parku Masai Mara, ponieważ spalone słońcem sawanny na południu nie mogą ich wyżywić. Z kolei po przejściu pory deszczowej w okolicy listopada wracają na południe do parku Serengeti, gdzie spędzają większość swojego życia. Ich pochód ciągnie się kilometrami i przeprawa przez wodę trwa kilka tygodni. Wiedzą o tym ludzie, którzy przybywają zobaczyć to zjawisko. I wiedzą także krokodyle, które spokojne czekają w wodzie aż nadejdzie Wigilia.

Przybywamy na czas, bo akurat spore stadko przygotowuje się do forsowania rzeki. Najpierw przewodnicy ostrożnie wychylają się ze skarpy, aby ocenić nurt i bród. Potem trwa pełna gorączkowego chrząkania i chrumkania narada, aby pierwsi śmiałkowie weszli do rzeki. A po nich już prawie w jednym rzędzie gęsiego idą ich setki. Wprawdzie trup nie ściele się gęsto, ale widzimy jednego krokodyla, który już z upolowaną antylopą płynie spokojnie do brzegu. Będzie trawienia na kilka tygodni. Z kolei w środku rzeki odbywa się dramat. Słyszymy śmiertelne kwiczenie, a na jednej z antylop widać przyczepionego krokodyla. Szamotanina trwa prawie kwadrans, zanim wykrwawiona na śmierć antylopa wydaje ostatnie tchnienie. I tak zamyka się cykl życia, a my obserwujemy wszystko ze skarpy brzegu i jesteśmy zafascynowani.

W wielkiej migracji uczestniczy corocznie nawet 2,5 miliona zwierząt, głównie gnu, zebr i gazel.

25.07 Zwierzęta Serengeti – trawożerne
Znowu ruszamy wcześnie i tym razem w kierunku południowej części parku. Podskakując na wertepach czujemy się jak w Discovery Channel, a oto kto nam towarzyszy w kolejności od tych największych po te skromne gabarytowo trawojady.

Bawoły – to obraz siły i mocy. Ich masywna sylwetka i mocarne rogi budzą respekt nawet lwów. Stąd bawoły przechadzają się po sawannie nienerwowo i jedzą trawę w najlepszych miejscach.

Elandy – największe antylopy i z daleka ich profil przypomina wychudzonego żubra albo kuzyna karibu. To raczej samotnicy występujące w niewielkich grupach i trzymające się na uboczu.

Zebry – są ich tysiące i jako zwierzęta stadne trzymają się w dużych grupach. Jak dzikie konie są bardzo czujne, strzygą uszami, czujnie obserwują otoczenie i są raczej ostrożne. Z drugiej strony plastycznie wyglądną ich niepowtarzalne kombinacje czarno-białych pasów, szczególnie jak stoją w grupach trzymając sobie nawzajem pyski na grzbietach.

Kopi – duże antylopy o wdzięcznym pysku i charakterystycznym brązowo-szarym umaszczeniu. Wyglądają na ufne w swoją siłę i spokojnie się pasą, czasami razem z gnu i zebrami.

Hardbacki – tu matka natura wykształciła krótkie choć masywne poroże. To bardzo ładne antylopy, choć trudniejsze do wypatrzenia. Trzymają się w swoim gronie i raczej na uboczu.

Gnu – główni bohaterowie wielkiej migracji. Mają czarną grzywę przechodzącą w brodę, krępe rogi, nieco krowi pysk i czarne paski. Ich angielska nazwa to dosłownie “dzikie bestie” i nie chodzi tyle o wygląd co zachowanie. Mają bowiem w zwyczaju wydawać dziwne dźwięki, niespodziewanie brykać albo nagle podrywać się do galopu.

Impale – nieduże stwory, ale bardzo piękne i obdarzone nieproporcjonalnie wielkim porożem. To wyśmienici skoczkowie i z miejsca potrafią wyskoczyć na trzy metry.

Gazele (Thomsona) – charakterystyczny czarny pas w poprzek brzucha pozwala je łatwo rozpoznać pomimo niedużych rozmiarów. Występują w licznych stadach i w okamgnieniu uciekają w przypadku zagrożenia.

Dik diki – to najmniejsze antylopy i w zasadzie są wzrostu niedużego psa. Wszyscy na nie czyhają więc dik diki opanowały do mistrzostwa sztukę kamuflażu i jako jedyne potrafią się całe schować w niewysokiej nawet trawie sawanny.

26.07 Zwierzęta Serengeti – pozostałe
Dzisiaj ruszamy na północ parku, gdzie gromadzi się już większość zwierząt jako że roślinność jest łaskawsza. Sawanna jest już mocno wypalona słońcem, a nieliczne rzeki, strumienie i jeziorka są już całkowicie lub częściowo wyschnięte. Co ciekawe w parku jest na bieżąco wypalana trawa, bo podobno wtedy szybciej odrasta. Ze wzgórz wygląda to na wybryki szalonego piromana, ale może w tym szaleństwie jest metoda. A oto lista zwierząt, które nie żywią się trawą.

Słonie – mogą się wprawdzie zasłonić, ale ze względu na wielkość widać je z daleka. Najczęściej przemierzają sawannę w niewielkich rodzinach i widać, że są panami tego terenu. Na szczęście są tu bezpieczne i mogą cieszyć się nienaruszonymi i olbrzymimi ciosami.

Hipopotamy– praktycznie okupują pozostałe stawy godzinami siedząc w wodzie. Co jakiś czas polewają się wodą, wydają dzikie chrumkania albo robią beczkę obracając się do góry nogami. Generalnie nikt z nimi nie zadziera, mają klawo i mocno wokół nich śmierdzi.

Strusie – to niesamowite, że ptaki rosną tak duże. Strusie widać z daleka jako ciemną plamę zawieszoną w powietrzu. Sprawia to duży korpus, do którego od dołu przyłączone są cienkie choć masywne nogi, a od góry długa szyja i mała głowa.

Lwy – królowie sawanny poruszają się z godnością emanując siłą. Najczęściej widać rodziny ukryte w skałach lub pod drzewami, chociaż znajdujemy też parkę, która akurat pracuje nad powiększeniem rodziny. Z naszej obecności nic sobie nie robią.

Hieny – psy prerii można rzec. Niewielki rozmiar ciała, ale masywny kark i mordercze szczęki. Raczej nikt im nie wchodzi w drogę szczególnie jak łączą się w stada.

Guźce – urocze świnki z dużymi szablami i nieodłącznie postawionym na sztorc ogonkiem. Bardzo płochliwe i maksymalnie niegroźne.

Krokodyle – te za to są groźne. Najczęściej wylegują się na brzegu albo w rzekach i jeziorach przebywają na głębokości peryskopowej. Wtedy wystają tylko oczy i trzeba mieć się na baczności. Szczególnie jak ktoś jest antylopą.

Mangusty – nieduże gryzonie, które są bardzo pożyteczne, bo specjalizują się w tropieniu i wybijaniu węży. Lubimy.

Węże – tych jest sporo i bujna trawa stanowi ich naturalne schronienie. Raz zobaczyliśmy mambę na drodze co Elias skwitował: Ahhh, terrible thing”. Nie lubimy.

Ptaki – mnóstwo gatunków, ale najbardziej rzucają się w oczy te największe: sępy, marabuty i … bociany. Tak – bociany – ze względu na bardzo zły sentyment do emigrantów w Polsce zdecydowały się nie spędzać wakacji na Mazurach, ale zostać na stałe w Tanzanii. (Tak bardziej fachowo to podobno to yellow storks, które nie wędrują).

27.07 Ngorongoro
Wyruszamy skoro świt i opuszczamy już Serengeti kierując się do położonego na południe parku Ngorongoro. Przekraczamy bramę symbolicznie oddzielającą Ngorongoro od Serengeti i od razu zmienia się klimat. Jest bardzo sucho, a roślinność skąpa. Z drogi kurzy się niemiłosiernie, a my przecieramy oczy i szyby ze zdumienia, ponieważ na tym nieprzyjaznym do życia terenie pojawiają się wioski Masajów i towarzyszące im nieodmiennie stada kóz.

Dojeżdżamy do krateru i droga wznosi się aż na 2200 m n.p.n przy czym jest wciąż ciepło pomimo dużego zachmurzenia. Z góry za to widzimy położone sześćset metrów niżej dno kaldery o powierzchni 260 km2. W środku znajduje się życiodajne jezioro Magadi, a wokół niczym w odciętej od świata enklawie wypasa się nawet 25 tyś. zwierząt.

Pierwszy raz odczuwamy komercję, ponieważ Land Cruiserów (wydaje się, że w Tanzanii nie m a innych samochodów) jest mnóstwo i widać, że krater jest atrakcją turystyczną. Niemniej zjeżdżamy pół kilometra w dół, aby osiągnąć dno krateru. Tutaj już roi się od zwierząt, które co dziwne są dużo ufniejsze niż w Serengeti. Szczególnie gnu, zebry i guźce. Dopełniamy komplet zdjęć i wyjeżdżamy jednak bez żalu. Myślę, że Serengeti z bezgranicznymi obszarami i dziewiczą dzikością jest jednak bardziej interesujące.

Wyjeżdżamy z krateru wąską ścieżką i w miarę wzrostu wysokości klimat zmienia się na mokry, zamglony i chłodniejszy. Zanurzamy się w wilgotnym lesie z lianami i stadem małp, aby potem zjechać w dół na skąpane w słońcu sawanny.

28.07 Tarangire
Dzisiaj dzień jest afrykańsko upalny, ale to także z powodu niższej wysokości. Do parku Tarangire dostajemy się bardzo łatwo, ale za to formalności na wjeździe są zabójcze. Każdy urzędnik ma swoją pieczątką i swój formularz oraz bardzo chcą się wykazać.

Sam park jest świetny, ponieważ położenie nad rzeką daje mu dużo więcej zieloności a pofałdowany teren jest uroczy. Od razu widzimy okazałe baobaby, których jest mnóstwo i jak głosi miejska legenda to są drzewa, które rozgniewały boga i posadził je do góry nogami. Faktycznie w porze suchej nie mają liści, za to bardzo rozbudowany system gałęzi przypominających korzenie i wyrastających z pnia, który ma kilka metrów obwodu.

Przemierzamy piaszczyste trasy i mamy sporo szczęścia obserwując praktycznie z trzech metrów stado słoni, sępy rozszarpujące ciało zebry, gromady pawianów, przechadzające się żyrafy czy rodzinę lwów. Jest bosko.

Tymczasem wieczorem przed naszym motelem wyrosło miasteczko namiotów. W dzień w salce konferencyjnej odbywało się jakieś sympozjum chyba. Dużo osób formalnie ubranych, stoły konferencyjne, rzutnik i powerpointy. Słowem bardzo firmowo i profesjonalnie. I najwyraźniej nocleg dla uczestników sympozjum jest właśnie w tych namiotach.

Upał lekko zelżał i jeszcze przed zachodem słońca idziemy pobiegać po wsi. Trzeba przyznać, że powstała mała sensacja, ale mieszkańcy obserwowali nas raczej z życzliwym politowaniem.

Wieczorem raczymy się piwem i nieodłącznie wybieram Kilimanjaro, bo rozczulił mnie ich slogan “If you can’t climb it, drink it!”. Nie doczekujemy do zaćmienia księżyca, ale następne tak okazałe już za sto lat.

29.07 Droga
Ruszamy skoro świt i do przejechania jest 400 km po wertepach jako, że droga powrotna wiedzie przez Ngorongoro i Serengeti. Znowu znajome tumany kurzu, a za oknami wypalone słońcem trawy i dzikie zwierzęta. Żegnamy się z parkami narodowymi i kierujemy na północno-zachodni skrawek Tanzanii do miejscowości Kiabakari. Docieramy przed zmrokiem i tylko dzięki temu, że nauczyłem kierowcę jak korzystać z Google Maps. Nie to żeby nie miał smartfona z zasięgiem oraz apką. Po prostu nigdy nie interesował się jak ta apka działa. Jak to mówią: TIA (This is Africa).

30.07 Kiabakari szkoła
A było to tak. W sierpniu 1990 młody ksiądz Wojciech wyjechał na misję do Tanzanii czując nagły przypływ powołania i odpowiadając na apel w Krakowie. Rok później został poproszony o poprowadzenie mszy w odległej od głównej misji miejscowości i w jego słowach było tak: “Gdy zbliżaliśmy się do Kiabakari, kleryk pokazał mi oddalone o jakieś 5 km wzgórze i na jego szczycie kaplicę z bloczków cementowych pokrytych blachą falistą. Gdy popatrzyłem na to wzgórze widniejące w oddali, w sercu usłyszałem ponownie głos, podobny do tego z chwili powołania kapłańskiego, a potem misyjnego – “To jest Jasna Góra Miłosierdzia Bożego, z której ma promieniować Miłosierdzi Boże na całą Tanzanię i Afrykę””.

No i my właśnie w tym temacie, żeby w takim zacnym celu pomóc. Sama misja katolicka ks. Wojciech zakłada holistyczne podejście do człowieka czyli zaopiekowanie się aspektem religijnym, edukacyjnym i medycznym czyli coś dla ducha, umysłu i ciała. Bardzo mi się to podoba.

W czwartek ma być uroczyste otwarcie realizowanego przez nas projektu, a na miejscu są już K. i M. z żonami, którzy dzielni ten projekt realizują. Skupiamy się na tym co potrafimy najlepiej czyli wyposażenie i uruchomienie sali komputerowej, a dzieci w szkole powinny być z tego bardzo szczęśliwe.

No i właśnie od odwiedzenia szkoły zaczynamy. Jest zarówno przedszkole jak i podstawówka i to całkiem nowe (działają od kilku-kilkunastu lat) i czysto utrzymane. Nauczyciele są bardzo serdeczni i chętnie pokazują nam szkołę oraz opowiadają o swojej pracy. Widać, że są zarówno dumni z tego co robią (i słusznie) jak i autentycznie szczęśliwi naszym zainteresowaniem.

Jednak najważniejsze są dzieciaki. Jest ich cała wesoła gromadka i wszystkie w uniformach, innych dla przedszkola a innych dla szkoły podstawowej. Chociaż ubrania są niekiedy mocno zszargane to dzieciaki prezentują się w nich godnie, szczególnie wzorowi uczniowie porządkowi noszący tutaj plakietkę “Prefect”.

Nagrywamy i robimy zdjęcia obserwując zajęcia szkolne jak i dzikie pląsy podczas przerw, ale największa atrakcję stanowimy sami. Dzieciaki domagają się robienia im zdjęć i od razu pokazywania ich na wyświetlaczu. Mają z tego wielki ubaw.

31.07 Kiabakari szpital
Wstajemy skoro świt co oznajmiają trzy źródła. Najpierw pieją donośnie koguty, aby o 6:30 zagrzmiał dzwon kościoła do którego z kolei dołączają się wyjące psy. Mamy zatem pewność, że wstaje nowy dzień. Noc była też wesoła, bo przez większość czasu coś skakało i rozrabiało na naszym dachu. Obstawiam małpy i może w tym celu pilnujący misji strażnik (zwykle słodko śpi na swoim krzesełku) jest uzbrojony w własnoręcznie zrobiony łuk i strzały.

Kończy się poranna msza więc grupujemy się z księdzem i siostrami z Zambii na śniadaniu. Oprócz jajecznicy i wypiekanych rogalików pojawia się też przemycona z Polski kiełbasa. No trzeba przyznać, że na plebanii z głodu nie umrzemy. Rozmowa przy stole jest głównie o darach, którymi zalewana jest Afryka. Pomimo tego, że Wojtek prosi o konkretne rzeczy np. rentgen do szpitala, darczyńcy przysyłają co popadnie. Co gorsza nie ma się wpływu na to co przychodzi, a są z tym podwójne komplikacje. Pierwsza to formalności celne i transport. Kontenery i paczki docierają do portu w Dar Es Saalam i trzeba niekiedy kilku miesięcy, żeby opłacić wszystkie formalności portowe, podatkowe i jakie tam jeszcze trzeba. Kosztuje to nierzadko setki dolarów, a to dopiero początek, bo następnie trzeba całość towaru przewieźć do Kiabakari, a to nawet szybkim busom pasażerskim zajmuje prawie dobę. Nie mówiąc o rozklekotanych chińskich ciężarówkach, które z liczonym w tony towarem potrzebują dużo więcej czasu. Drugie wyzwanie pojawia się jak już odkrywamy jak cenne są to dary. Bardzo często niepasujące do tego klimatu zużyte ubrania, niepotrzebne nikomu biurka czy artykuły papiernicze. Hitem sezonu i najciekawszym przykładem są przesłane tutaj … ratraki do śniegu. To chyba na wypadek, gdyby na Kilimanjaro ruszył kurort narciarski. A rentgen? Przyszedł w końcu … trzydziestoletni … i bez głowicy co uniemożliwia jego wykorzystanie.

Obok szkoły położony jest szpital, który cieszy się sporą popularnością a przez rok przewija się przez niego nawet 15 tysięcy pacjentów. Działa zatem bardzo prężnie polegając na kilku mini oddziałach, małym laboratorium i lokalnych lekarzach. Znowu niezbyt pomaga lokalna biurokracja, bo szpital działa jako przychodnia, ponieważ status lokalnego szpitala można osiągnąć zatrudniając przynajmniej 200 osób. Z tymże tele personelu nie jest potrzebne i nawet nie ma możliwości utrzymania tak dużej liczby pracowników. Oczywiście państwo i formalne instytucje nie partycypują w kosztach.

W Tanzanii często proste schorzenia nękają ludzi najbardziej więc relatywnie niedużym nakładem sił można wiele zdziałać. Tutaj bardzo pozytywną rolę spełniają zagraniczni lekarze, którzy często grupują się w specjalności typu okuliści czy ortopedzi i przyjeżdżają na 2-3 tygodnie aby od rana do wieczora leczyć proste schorzenia. Na przykład na październik zapowiedziało się dwóch lekarzy do zabiegów usuwania przepukliny, a wcześniej proste operacji robili dentyści i chirurdzy. Myślę, że mają w tym wiele satysfakcji i podziwiam zaangażowanie.

W szpitalu od niedawna jest pierwszy ambulans, który umożliwi dowożenie pacjentów. To wielka sprawa więc pod wieczór nagrywamy dla Wojtka film z podziękowaniami dla darczyńców. Przydaje się aparat, gimbal, statyw, mikrofon i laptop z iMovie. Wyszło dobrze.

01.08 Kiabakari chillout
Wczorajszy wieczór z ks. Wojciechem był bardzo ciekawy. Akurat było wspomnienie założyciela zakonu Jezuitów Św. Ignacego Loyoli i mieliśmy interesujące rozmowy. O Afryce, pracy w Tanzanii, trudach dnia codziennego, roli rządu, różnicach kulturowych, rasizmie i wychowaniu dzieci, istocie powołania kapłańskiego, siostrach z Zambii, nauczycielach z Kenii i wielu innych. Dużo się nauczyłem.

Z kolei na ten dzień mamy zaplanowany odpoczynek więc czytanie książek, przechadzanie się po wzgórzu i wizyta w pobliskiej wiosce. Pretekstem dla tej ostatniej jest zakup ryżu. I nie chodzi tu o kilka opakowań w woreczkach, ale worki które podnieść może czterech mężczyzn. Dwa takie worki zapewnią ryż do końca roku. Co ciekawe świeżo zebrany suszy się na dużych matach bezpośrednio na ziemi i nie ma problemu, żeby chodzili po nim ludzie, wjeżdżały motocykle i nawet samochody. Dopiero tak wysuszony jest łuskany i pakowany w wielkie worki. Chyba inaczej by nie smakował. Z kolei pracownicy młyna są bardzo przyjaźni i weseli i w sumie to my byliśmy atrakcją turystyczną.

Wieczorem jeszcze biegamy po wsi co także wzbudza entuzjazm oraz lekkie politowanie, a przynajmniej brak zrozumienia. Biali są dziwni.

02.08 Kiabakari święto
Dzisiaj jest wielki dzień kiedy w szkole jest święto i nikt nie ma lekcji. Zamiast tego szykuje się uroczystość przygotowywana i ćwiczona od tygodni. Powody są dwa. Pierwszy to uruchomienie w szkole sali komputerowej z internetem przy czym właśnie aktywnie pomagaliśmy. A drugi powód to zbiorcze świętowanie urodzin wszystkich dzieci z pierwszej połowy roku.

Zaczynamy od mszy, aby potem w uroczystej procesji z kościoła przejść do szkoły. Niesamowity przed jak i w trakcie mszy jest śpiew dzieci. Niekiedy łatwo rozpoznać znane melodie, ale zaangażowanie i polifonia głosów w swahili są bardzo oryginalne.

Orkiestra gra a my oblepieni dziećmi ruszamy na dziedziniec szkolny. Krótka ceremonia przekazania kluczy do sali komputerowej siostrze Mary z Zambii, która pełni obowiązki dyrektora szkoły i zaczynamy. Każda klasa począwszy od maluchów przygotowała coś na ten dzień. Są pieśni, tańce i recytacje wierszy. Pogoda jest piękna, muzyczne uzdolnienie dzieciaków wyraźne a poczucie rytmu wybitne. Schowani w cieniu daszków podziwiamy.

W programie są jeszcze przemowy, uroczyste krojenie tortu, wspólny lunch i dyskoteka dla dzieci. Całość bardzo przyjemna i niesamowite przeżycie czegoś autentycznego. Cieszę się z naszej skromnej cegiełki.

Jedyny problem to lekko zwichnięta noga po wczorajszym bieganiu. Trzymana w dole w tym upale puchnie, ale na szczęście ks. Wojciech ma cold packi. I tak wieczorem w naszej ośmioosobowej grupie z Polski rozsiadamy się na kanapach, sączymy co nieco i słuchamy objawienia sceny francuskiej czyli Mylene Fermer. Ta wokalistka umieściła na szczycie list w Paryżu aż osiem swoich albumów, a nigdy się z jej muzyką nie spotkałem. Jest na tyle hipnotyzująca, że słucham jej pisząc te słowa.

03.08 Musoma
Dzisiaj wyjazd do Musomy nad Jezioro Wiktoria. Grupa pełnosprawna wsiada do wynajętej łodzi, aby popływać po Jeziorze Wiktoria, a grupa ze zwichniętą kostką trzyma się bardziej miasta. Wojtek załatwia sprawy administracyjne, co w Tanzanii pochłania dużo czasu z powodu powolności i biurokracji. Konstatujemy, że tylko w Afryce ludzie mają tryb “standby” i potrafią godzinami siedzieć bezczynnie nie przejawiając żadnego stan u skupienia. Może medytują?

Musoma jako stolica prowincji Mara to miasto założone jeszcze przez Niemców z czasu kolonizacji ówczesnej Tanganiki więc zamysł architektoniczny był dobry. Natomiast eksplozja liczby ludności (wzrost około 30% co dekadę) uczyniła ją typowym miastem kontynentu czyli chaotycznym, brudnym i trudnym do opanowania. Najważniejsze, że znajdujemy odpowiedni sklep i kupuję dla dzieciaków piłki nożne. Przydadzą się na przyszkolnym boisku, gdzie grają zawsze po lekcjach krzycząc do siebie: “Messi” co chyba oznacza “Podaj!”.

Jedziemy na półwysep pięknie wbity w jezioro, gdzie lokalny poseł pozyskał tajemniczo cały grunt i otworzył restaurację z domkami do wynajęcia. Tam rozstawiamy nasze przenośne studio i nagrywamy z ks. Wojciechem długo planowany wywiad. Atmosfera miejsca umożliwiła szczerą i przyjazną rozmowę. Bardzo podziwiamy co przez te ćwierć wieku udało się w Kiabakari osiągnąć.

W międzyczasie spalona nieco słońcem powraca ekipa z jeziora. Czekając na niech w przystani trafiamy na mały za to wesoły korowód. W plemiennych strojach i z własnoręcznie zrobionymi instrumentami kwestują w jakimś celu. Okazuje się, że to tradycyjne zaproszenie na obrząd obrzezania, który jest przeprowadzany publicznie i stwarza powód do dumy rodziców jeśli dziecko nie uroni łzy. Co kraj to obyczaj.

Z powrotem w Kiabakari spędzamy całą bandą ostatni wieczór. Atmosfera nieco nostalgiczna, bo nieoczekiwanie w porze suchej rozpadał się konkretny deszcz. Oglądamy zdjęcia z safari i uroczystości, aby pożegnać się z Tanzanią. Jutro rano wylot do domu czyli 4h jazdy na lotnisko a potem łącznie cztery loty. Niemniej Kiabakari zawsze będzie juz blisko … naszych serc.