Wzdłuż równika – Indonezja, Malezja, Singapur

Widok na Petronas Tower

Docieramy do stolicy Malezji. Tradycyjnie już uderza w nas fala mokrego gorąca. Jak lubię ten powiew, który na początku jest świetnie orzeźwiający, a potem będzie już tylko spowalniał ruchy i pracę mózgu.

Miasto jest gwarne i rozlane na dużej połaci więc już sam dojazd z lotniska daje okazję do zwiedzania. Szybkie odświeżenie i ruszamy w miasto. W centrum jest sporo knajpek, a powietrze przesycają orientalne przyprawy. Jedziemy do skybaru w hotelu Travellers skąd rozpościera się niesamowity widok na centrum. Widok na Petronas Towers jest niezapomniany. Wieże otwarto w 1998 i dysponując 150 metrowymi fundamentami przez kilka lat były najwyższe na świecie.


Kuala Lumpur

2014-10-14

Wstaję całkiem wypoczęty pomimo długiej podróży z Polski i sporej różnicy czasu.

Już w pociągu ruszamy do kompleksu jaskiń Batu Caves, które są położone pod miastem. Na miejscu już i po pokonaniu 272 stopni wspinamy się do wielkiej groty, gdzie urządzona jest świątynia hinduskiej bogini Muruga. Trzeba uczciwie przyznać, że panuje klimat cepelii a przeszywający smród w niesamowity sposób łączy guano ptasie, kadzidełka ceremonialne oraz smród pospolity. Uciekam.

Za to potem odmiana czyli trochę pływania w hotelowym basenie i znowu na samolot. Tym razem celem jest Yogyakarta, zwana pieszczotliwie „dżogdża”, duchowa stolica Indonezji.


Yogyakarta – Borobudur

2014-10-15

Sama Yogya rozczarowuje architekturą i klimatem. Jest raczej typowym miastem Azji, które rozprzestrzenia się chaotycznie dając wyraz swej żywotności i dynamice. Natomiast klimatyczne jest mniej więcej tak jak Zakopane w szczycie sezonu.

Ruszamy do Borobudur. Ta buddyjska świątynia jest najistotniejsza na Jawie, a powstała w ósmym wieku. Przeznaczona jest kultowi bóstwa Śiwa i stanowi jedno z najważniejszych miejsc Buddyzmu. W zasadzie jest to wzgórze przykryte świątynią, ponieważ do środka nie można wejść. Za to całość pokryta jest reliefami przedstawiającymi sceny z życia Buddy. Droga pielgrzymów wyznaczona jest spiralą mandali, ale my poruszamy się raczej swobodnie. Na górnej platformie znajduje się 72 stóp, których widok o zachodzi słońca zdobi okładkę przewodnika po Indonezji Lonely Planet.

Ciekawe, że w XIV po przejściu Jawy i sporej części Indonezji na Islam świątynie popadły w zapomnienie. Zupełnie zarośnięte dżunglą zostały odkryte na nowo dopiero w XVIII wieku. Teraz są na liście Unesco i utrzymywane w należytym stanie, choć trzęsienia ziemi na pewno nie pomagają. Pomimo palącego upału spędzamy to sporo czasu, ponieważ jest pięknie.


Yogyakarta – Prambanan

2014-10-16

Po wczorajszym dniu z Buddyzmem dzisiaj czas na Hinduizm. Zabawne, że dwa najważniejsze zabytki sakralne muzułmańskiej Jawy nie mają nic wspólnego z Islamem. Zarazem dobrze, że w Indonezji jest poszanowanie różnych religii.

Prambanan została wzniesiona w IX wieku i jest przykładem strzelistej architektury hinduistycznej. Poświęcona została trzem głównym bóstwom czyli Brahma, Vishnu i Śiwa. Co ciekawe niezbyt długo cieszyła się największą świetnością, ponieważ kres położyły jej erupcje wulkanów i trzęsienia ziemi. W sumie do dziś jest pieczołowicie odbudowywana i faktycznie prezentuje się bardzo dobrze.

Chodzimy do pomniejszych świątyń, a cały kompleks jest ładnie położony w dżungli. Słońce wypala dziury w głowach, ale jest bardzo ładnie.


Wulkan Bromo

2014-10-17

Wstajemy o północy jeśli w ogóle był jakiś sen. Wyjeżdżamy w ciemnościach i pniemy się po górskich serpentynach. Kierowca jedzie bardzo ostro i raz prawie wypada z zakrętu. Trochę strach. Po prawie trzech godzinach docieramy do wysoko położonej wioski, gdzie są jeszcze inni turyści. Przesiadamy się do jeepa i znowu po serpentynach. W ciemnościach widać reflektory innych terenówek pnących się do góry. Niesamowity widok, bo poza tym niezgłębione ciemności.

Około 4:30 jesteśmy na punkcie widokowym. Jest raczej rześko, ale zdecydowanie powyżej zera. Czekamy. Czekamy i marzniemy. Aż w końcu wschodzące słońce zaczyna rysować kontury gór. Stoimy naprzeciwko czynnych wulkanów i coraz wyraźniej widzimy ich majestat. Chwilę potem widać, że Bromo dymi wypuszczając w regularnych interwałach chmurki. Zaraz za nim czai się Semeru, najwyższy szczyt Jawy, który puszcza dymki jak marynarz Popeye. Klawo, żeby akurat dzisiaj nikt go zbytnio się budził. Ostatnie ofiary śmiertelne zaliczył w 2004.

Zjeżdżamy w dół olbrzymiej kaldery w której są obecne wulkany. Stopniowo ociepla się wraz z nastaniem dnia. Krajobraz jest księżycowy a drobny wulkaniczny pył drażni oczy. Jak się później przekonamy ten pył wejdzie nam wszędzie.

Na wzór lokalsów zakładamy na twarz chusty tak, że wystają tylko oczy. Jest sporo koni i możliwość podjechania, ale my w rzadkim powietrzu niewyspani twardo idziemy pod górę. Postronny obserwator w promieniach światła przecinających pył mógłby dostrzec coś jakby obóz treningowy terrorystów skryty w najbardziej niedostępnym terenie.

Ujście krateru to kolejny dobry punkt widokowy, ale nie wytrzymujemy na nim długo z powodu duszącego siarkowodoru. Poza tym nieswojo jest stać bezpośrednio nad dziurą z której cały czas bucha para.

W drodze powrotnej zahaczamy o ukryty w dżungli wodospad. To dobre orzeźwienie a przy okazji niezły prysznic.

Jedziemy dalej i nie mogę pozbyć się myśli, że islam nie pasuje do tropików. Meczety wydają się naturalne w arabskim krajobrazie pustynnym. Natomiast zupełnie nie pasują do wesołych tropików. A przecież to właśnie Indonezja jest najludniejszym państwem muzułmańskim.


Labuan Bajo

2014-10-18

Śniadanie pokazuje, że sambal bajak jest lepszy niż sambal edan. Generalnie mamy pełną zgodę z lokalsami, że je się bardzo ostro. Nawet naleśniki i tosty.

Zgodnie twierdzimy, że miasta na Jawie są brzydkie i nie ma sensu spędzać w nich dużo czasu. A podobno Jakarta jest jeszcze mniej ciekawa.

Dlatego też lecimy na bardziej dziką wyspę Flores. Międzylądowanie na Bali jest czysto techniczne i wkrótce widok z samolotu jest niesamowity. Pod spodem rozpościera się błękitny ocean z gęsto rozsianych wiecznie zielonymi wyspami. Pomimo wysokości wyraźnie odznaczają się rafy koralowe i wzgórza. Wulkaniczne wyspy otoczone są piaszczystym plażami. Niechybnie lecimy nad rajem.

W lokalnej gazecie czytam o problemie wyrobu lasów tropikalnych. W tym skorumpowanym kraju wycina się dwa razy więcej lasów niż w Brazylii. Niemniej rząd już przynajmniej dostrzega potrzebę ochrony.

Lotnisko jest co najmniej osobliwe. Lądujemy ostro pomiędzy dwoma wzgórzami wykorzystując całą dostępną długość pasa. Następnie spacerujemy po płycie w kierunku budynku. Widać budowę terminala z prawdziwego zdarzenia, więc to już pewnie ostatnie chwile zupełnej dzikości.

W końcu urokliwe miasto i ryba spożywania nad zatoką. Wpadamy głodni i naprawdę kulinarne jest dobrze.

Potem tylko pół godziny po zupełnych wertepach i przebywamy do ośrodka. Jest to zespół domków z prywatną plażą. Za to nad basenem rusza impreza. Okazuje się, że połowę miejsc zarezerwowały linie lotnicze Garuda. Taka impreza pracownicza. Jest karaoke z lat 90tych i wszyscy niesamowicie fałszują. Łącznie z zespołem muzycznym. Na szczęście mamy rum i leżaki na plaży. Gadamy o mantach olbrzymich i tym jaki widok pokaże się rano.


Warany z Komodo

2014-10-19

Ranek wita nas pięknym widokiem. Nasz domek jest położony bezpośrednio na plaży w środku niewielkiej zatoki. Wokół tylko błękitna woda i zazielenione wyspy. Za to na śniadanie dylemat. Ryż biały czy żółty? W sumie z sambalem można wszystko zjeść.

Suniemy szybka łodzią na bajkowe wyspy. Dokładnie na Rinca w archipelagu Komodo. Przy wejściu do parku kasują nas srogo. Niemniej ruszamy na poszukiwanie jaszczurów i robimy mały obchód wyspy. Waranów jednak nie dostrzegliśmy. Za to jest ich kilka w pobliżu parkowej kuchni. Spasione odpadami leżą bez ruchu. I tylko wodzą za nami gałkami ocznymi czasami wysuwając rozdwojone jęzory. No są jaszczury, ale całe miejsce jest rozczarowaniem. Ogólnie lepiej je odpuścić.

Za to snorkeling na pobliskiej rafie jest super. Schodzimy przy dwóch wyspach Kelong i Bidadari. Rozpakowujemy przywieziony sprzęt i hasamy pośród raf, ukwiałów i ryb. Woda jest niewiarygodnie przejrzysta i bardzo ciepła. Ogólnie rejon mocno nurkowy, a w Labuan Bajo są same bazy nurów.

Miasto jest urocze, zapyziałe i rozciągnięte wzdłuż zatoki przy jednej ulicy. Jest i meczet z muezinem, są małe knajpy, sklep i rzeczone bazy nurkowe. Wbijamy się do drewnianej knajpy i wdrapujemy po drabino-schodach. Mają i zimne piwo i pieczone ryby. Obok mają super hamaki, gdzie bujam się na wszystkie strony kontemplując wieczór. Nawet komarów nie ma. Pełnia szczęścia.


Bali – początek

2014-10-20

Lądujemy w samo południe i przecieramy oczy ze zdumienia. Tu jest zupełnie inny świat. Jest spore lotnisko, murowane domy wzdłuż szerokich ulic. Zgiełk i tłumy. Są nawet biali. Słowem słabo. Zatem szybkie zakupy typu standard czyli środek na komary i lokalny rum.

Przed samym zachodem słońca docieramy do świątyni Tanah Lot, urokliwie położonej na skale wysuniętej w morze. Zdjęcia oglądane w internecie można zrobić chyba tylko dronem, ale i tak jest bardzo ładnie. Na Bali są tysiące małych i dużych świątyń. Każde domostwo ma jedną, a dosłownie wszędzie są małe karmiki dla dobrych duszków (spirit house).

Telepiemy się maksymalnie na północ i w nocy już dojeżdżamy do willi. Właściciel Holender urządził ją ze smakiem więc najbliższe dni spędzimy komfortowo.


Bali – nieznośna lekkość bytu

2014-10-21

Nie robimy nic oprócz ustalenia tras na następne dni oraz wysłania kucharki na targ z prośbą o ryby i warzywa. Organizujemy mocno zaległe pranie. Siedzimy wokół basenu, zamawiamy masażystki. I nie robimy nic. Taki dzień.


Bali – trupy i świątynie

2014-10-22

Nasz domek jest zasadniczo położony nad morzem i w środku rozległych pół ryżowych. Rosną tu też bananowce i winorośl. Panoramę dopełniają otaczające nas w oddali wulkaniczne góry. Obserwujemy orkę z użyciem woła i prymitywnego pługa. Jest to trochę średniowieczny widok, bo wieki temu wszystko musiało wyglądać identycznie.

Świątynia Ulundanu Batur pojawia się cokolwiek niespodziewanie i jest bardzo ładna. Trwają przygotowania do jakiegoś święta, więc jest bardzo kolorowo. No i jestem zmuszony kupić sorong chociaż zazwyczaj nie chodzę w spódnicy.

Zjeżdżamy do jeziora i dziwią nas wjeżdżające do góry ciężarówki z wulkanicznym popiołem. Do użyźniania ziemi?

Na jeziorze Batur bierzemy łódkę, aby dotrzeć do wioski Trunian. Zamieszkuje ją state plemię Bali Aga, które łączy hinduizm z animizmem. Najciekawszym tego wyrazem są tradycje pochówku. Otóż zwłoki zawija się w ubrania i zamyka w bambusowych klatkach. Dzięki temu dusza spokojnie ulatuje, a ciało nienerwowo usycha. Co ciekawe, pomimo wilgotności, balsamowanie pozwala uniknąć smrodu. Pozostałe kości można potem spalić, a czaszkę zostawić na małym cmentarzu. I właśnie stoimy na takim uroczym cmentarzu, a przewodnik pokazuje nam świeże trzytygodniowe zwłoki w klatce. Jest też trochę przedmiotów związanych ze zmarłym np. jej parasol czy puszki ulubionej coca coli. Zaprawdę niezapomniany widok.

Jedziemy do świątyni matki – Pura Besakih. Znacząca to atrakcją sądząc po kramach i rozlicznych samozwańczych przewodnikach. Odpędzamy wszystkich grzecznie i eksplorujemy możliwą do zwiedzania część.

W drodze powrotnej odwiedzamy czujny sklep i kupujemy butelkę wina (białe z południowej Australii). Nasz kierowca jest przerażony, że mamy aż całą butelkę i wyraża zatroskanie jak zdołamy ją spożyć. Faktycznie. Kupujemy drugą 🙂


Kopi luwak i tarasy ryżowe

2014-10-23

Wyruszamy na wyprawę do wnętrza wyspy. Pierwszy przystanek to wodospad Munduk. Krótki trekking przez dżunglę porośniętą goździkami i kawowcami. Unosi się bardzo przyjemny zapach wanilii.

Po rozlicznych górskich serpentynach, które odnowiły moją chorobę lokomocyjną, osiągamy punkt widokowy. Rozciąga się panorama z jeziorami Buyan i Tamblingan. Jest też cała banda małp, ale niestety są też śmieci.

Plantacja kawy Kopi Luwak to częsty punkt programu. W zaciszu drzew cynamonowych, kakaowych i muszkatołowych są oczywiście kawowce. Obserwujemy proces zbierania kup cywetek, ich płukanie i wypalanie. Są też cywety czyli luwaki po indonezyjski. Biedaki siedzą w klatkach i co 10 godzin robią cenną kupę trawiąc nawet do dwustu ziaren kawy.

Degustacja niestety rozczarowuje. Może być, że ziarna było już zwietrzała, a może to prymitywny sposób zaparzania. W każdym razie kawę jest za słaba i zbyt wypalona. Nie ma zupełnie kwasowości i oleistości, a za to mocno wytrawny finisz. Kupujemy ziarno do domu, żeby ocenić w ekspresie.

Zastanawiamy się czy faktycznie roczna produkcja kopi luwak to tylko 500-800kg. Zgrubne wyliczenia dają mi dużo wyższe wartości i wietrzę marketing. W sumie i tak lepszy biznes byłby ze słoniami.

Docieramy do kaskadowych upraw ryżu w Jatiluwih. Rozległe trasy rozciągają się na stokach zwróconych we wszystkie strony świata. Całość to zielona powłoka rozciągająca się po horyzont. Wrażenia dopełniają poprzetykane gdzieniegdzie palmy kokosowe i bananowce. Zdecydowanie dobra okazja do zdjęć, a my włóczymy się po miedzy.

Świątynia na wodzie nazywa się Ulun Danu, choć wody przy niej już nie ma. Może w porze deszczowej? Architektura jest dobra, ale postacie rybek, żabek i tygrysów przywołują raczej atmosferę wesołego miasteczka. Mamy już także dosyć świątyń i resztę odpuszczamy.

Wracamy i ciekawe jak na wyspie tak małej można jechać tak wolno. Średnia naszych wypraw to niecałe 30 km/h. Robimy małe zakupy w sklepie, gdzie kilogram papaya to niecałe 2 zł, a butelka Bacardi ponad 200 zł. Stąd spora abstynencja…


Kuta i zatoka Jimbaran

2014-10-24

Ciekawe, że dorośli na skuterach są w kaskach natomiast dzieci bez. Najwyraźniej rodzice czekają, żeby zobaczyć ile dzieciaków przeżyje zanim zainwestują w kaski. No ma to sens.

W połowie wyspy jest korek gigant. Autobus i ciężarówka klikniją się na małym moście. Stoimy i powoli poznajemy indonezyjskie przekleństwa.

Zatrzymujemy się przed Ubud, aby kupić maskę. Wybór wielki, ale odwiedzamy jeszcze targ w samym Ubud. Straszna cepelia i chętnie wracamy do pierwszej galerii. Przy negocjacjach jesteśmy zmuszeni wesprzeć wszędobylską korupcję. Dzięki dziesięciodolarówce kupujemy maskę za jedną trzecią ceny wyjściowej.

Z kolei po sześciu godzinach jazdy od północnego wybrzeża wjeżdżamy do Kuty. To znana balijska stolica białasów. Jest raczej wstrętnie i cieszymy się, że spędzimy tu tylko jedną noc. Po dzikości i przyrodzie dostajemy budynki, hałas, korki, spaliny i tłumy ludzi. Plus McDonalds, Starbucks itd. Oczywiście jest też prostytucja, narkotyki i wszystko co białasy potrzebują na urlopie.

Ciekawostką są sklepy Polo by Ralph Laurent. Są dosłownie co trzysta metrów i oferują bardzo niskie ceny. Zasięgnęliśmy języka i okazuje się, że jest to wersja underground. Czyli fabryki, które produkują markową odzież po godzinach szyją też nielegalnie to samo.

Na zachód słońca wybieramy się nad zatokę Jimbaran. Jest tam szereg restauracji słynących z owoców morza. Stoliki są na piasku nad samą wodą, a w lodzie czekają do wyboru ryby, krewetki, ośmiornice i kalmary. Bardzo ładnie zwłaszcza, że Madzik ma urodziny.

Potem lądujemy w Hard Rock Cafe i dając wyraz swojej białości spożywamy mojito.


Przelotem na Sulawezi

2014-10-25

Kuta jeszcze śpi po imprezach, a my wpadamy do pobliskiego centrum handlowego. Sporo sklepów dla surferów plus cepelia dla białasów. Ku naszemu zdziwieniu jest akurat wystawa promująca prowincję Papua. Tam się udajemy więc pozyskuję cenną mapę.

Lecimy do Makassar, dawnego holenderskiego fortu strzegącego wejścia do wschodniej części Indonezji. Lądujemy na wyspie Sulawezi, która w południowej części jest raczej wykarczowana i zurbanizowana.

Nie mamy zbyt dużo czasu i jest już późna pora. Priorytetem jest mocny środek przeciwko komarów i kolacja. W samym Makassar jesteśmy zdecydowaną atrakcją dla miejscowych dzieci. Najwyraźniej biali rzadko się tu zapuszczają, bo dzieciaki robią nam zdjęcia komórkami. Drzemka – półtorej godziny – i znowu na lotnisko.


Raja Ampat – przylot

2014-10-26

Lądujemy o 6:30 w zamglonym Sorong. Ledwo co starczyło pasa, a niskie podejście nad domkami skleconymi z palmy i blachy daje spektakularny widok. To już trzecia strefa czasowa w Indonezji, a nasz dziewiąty lot od domu. Jeszcze tylko sześć.

Nazwa Sorong z języka Biak to głęboki i pomalowany ocean. Mamy przed sobą trzy godziny łodzią na wyspę i na szczęście ocean jest spokojny. Skaczemy na falach, a ja w nieprawdopodobnej pozycji mimo wszystko zasypiam.

Budzę się już w raju. Przed moimi oczami ukazuje się obraz widziany w internecie. Wtedy myślałem, że coś jest zmontowane. Ale widzę, że to prawda. Baza nurkowa ma dwanaście domków zrobionych wyłącznie z drzewa i liści palmowych. Do tego wspólne pomieszczenie z kuchnią, skład sprzętu nurkowego oraz domek techniczny z agregatami. I to już wszystko na wyspie.

Szybki lunch i pierwszy snorkeling na rafie na którą schodzi się wprost z domku. Akurat jest sprzyjający nam przypływ więc nie ma ryzyka uszkodzenia rafy.

Na kolacje dostajemy świeże ryby pozyskane od rybaków z pobliskiej wioski. Znajdujemy się w parku narodowym i łowienie ryb jest zastrzeżone tylko dla miejscowych. Od teraz będziemy jedli sporo ryb i wszystkie będą przepyszne. Wieczór jest wciąż upalny, a my dobieramy się do uprzednio zakupionego rumu. Okazuje się, że jest to Underground Bacardi pomimo całkiem oficjalnie wyglądających hologramów i banderoli. Zaciąga trochę wanilią, ale ma swój urok.

Rozmawiamy o tym jak pięknie jest wokoło i obawiamy się czy to się długo utrzyma w tak dziewiczej formie.


Raja Ampat – pierwsze nurkowanie

2014-10-27

Świergot ptaków obudził mnie o 6 rano. Naprawdę niesamowite odgłosy dochodzą wprost z pobliskiej ściany dżungli. Wyobraźnia tworzy ciekawe obrazy. Spod koszulki pod łóżkiem wyszedł krab i wiem, że w domku nigdy nie będziemy sami. Po prostu jaszczurki, żuki i pająki mieszkały tu wcześniej. Jest jak w raju. Wschodzące słońce ukazuje ocean i kilka zazielenionych wysp w oddali. Bogactwo życia jest przepełniające.

Pakujemy się na łódź i zabieramy całą masę sprzętu. Jest zamieszanie i przejęcie. Pierwszy site to Yenbuba i od razu bez większych ceregieli schodzimy w dół. Osiągamy prawie 20m i podziwiamy barakudy i całe mnóstwo nieznanych wcześniej ryb. Widok niesamowity. Jest też pierwszy rekin (blacktip). Pełne przejęcie i bezgraniczna fascynacja.

Drugie zejście to Ransiwor. Do grona nieznanych, a za to niesamowicie uroczych i kolorowych ryb, dochodzą też żółwie i węże wodne. Jest też nemo czochrający się w ukwiałach przypominających puchowy perski dywan. Wszystko na wyciągnięcie ręki. To najpiękniejsze przyrodniczo miejsce jakie widziałem.

Woda ma 29 stopni i jest gorąca również na dole. Na tyle, że w cienkiej piance do windsurfingu jest mi ciepło. Nawet nie przypinam rękawów.

Wieczorem zapoznajemy się z Rossem, który prowadzi zespół nurków. Ustawiamy kolejne dni i zastanawiamy się czy uda się zobaczyć mantę.


Raja Ampat – manty

2014-10-28

Ruszamy na site Manta Sandy, gdzie szanse są największe o tej porze roku. Pierwsze zejście i od razu cztery manty. Łatwo dostępne na 16 metrach. Majestatycznie kręcą się na cleaning point, gdzie z pasożytów czyszczą je małe ryby. Dwie białe i dwie czarne około czterech metrów rozpiętości. Zamarłem z wrażenia. Jest dosyć odczuwalny prąd i nasza grupa się rozsypuje. Przez jakiś czas zostaję sam i trzymam się skały. Jedna z białych mant podpływa na jakieś trzy metry. Widać skrzela, podwójny pysk, oczy i bandę czyszczących ryb. Niesamowite. Prąd szarpie na bok i mocno trzymam się kamieni, aby nie ruszać się wcale. Wrażenie obcowania z tymi olbrzymami jest niesamowite.

Odpoczynek w wiosce Arborek. Donaty smakują jak nigdy. Normalnie bym ich nigdy nie tknął.

Drugie zejście to już deep blue. Problemy z wyrównywaniem ciśnienia zupełnie zniknęły. Szybko osiągamy 22 metry co jest nowym rekordem. Niemniej prąd jest bardzo silny. Dosłownie dryfuję jak w przestrzeni kosmicznej. Bezpośrednio pod prąd muszę używać całej siły. Za to jest piękna rafa i duże ryby. Tuńczyki wyglądają bardzo apetycznie. Jednak walka z prądem szybko zużywa siły i 150 atmosfer łykam w 30 minut.

Wieczorem wybieramy się na spacer na rajskie ptaki (red bird of paradise). Męczący trekking, bo przy tej wilgotności zdobycie niewielkiego wzgórza to już wyczyn. Otaczają nas ogromne drzewa, a na jednym z nich jest punkt obserwacyjny. Wdrapuję się po trzeszczącej drabinie do domku na drzewie. Niestety pomimo godzinnego oczekiwania i słuchania tych pięknych ptaków, widzimy je tylko z oddali. Domek trzeszczy i naprawdę jestem szczęśliwy, że nie spadłem. Na ptaki lepiej jest przyjść o świcie.

Dzień jest dosyć męczący, ale nieoczekiwanie załapujemy się na papuaskie tańce. Jeszcze bardziej nieoczekiwanie po pewnym czasie tańczę z jedną z kucharek.

Gadamy o mantach, bo nie zawsze tak łatwo je zobaczyć z bliska. Niestety Chińczycy uznają jeden z organów manty za przysmak. Pomimo całkowitej ochrony kwitnie zatem nielegalny połów. Jakoś mnie to nie dziwi. Przypomina sytuacje z Afryki dot. kości słoniowej albo rogów nosorożca. Tam też rolę czarnych charakterów odgrywają Chińczycy.


Wyspy Fam

2014-10-29

Dziś dłuższa wycieczka łodzią na wyspy Fam więc bierzemy aż pięć kanistrów z ropą.
Pierwsze zejście to Anita’s Garden, gdzie podziwiamy miękkie koralowce. Bogactwo form i barw. Ślizgamy się w prądzie między koralowcami, a w oddali majaczy rekin. Jest dobrze.

Bajkowe wyspy tzw. mushroom islands widać z punktu widokowego. Znowu urocza wspinaczka. Ale warto. Widok jest bajeczny. Aż nierealny.

Drugie zejście to Penemu Wall czyli prawie trzydziesto metrowa ściana z koralowcami. Ćwiczę wolny oddech, żeby zostać jak najdłużej. Niesamowite kolory. Podziwiamy małe węże, kraby i najróżniejsze stwory zamieszkujące rafę.

Lunch na bezludnej wyspie w towarzystwie jaszczurek. Nikt już nie zwraca uwagi na muszle, które w Polsce są bardzo drogie. Aha, nowy rekord 50 min, a jeszcze 40 atmosfer zostało.

Powrót przy lekko wzburzonym morzu. Jest sporo frajdy, bo łódź skacze na falach. W pewnym momencie na pokład wpada latająca ryba. Pierwszy raz widzę ją z bliska i nie sądziłem, że skrzydła ma takie spore. Wracamy zupełnie mokrzy. A podobno dzisiaj woda jest bardzo zimna. Niewiele ponad 27 stopni.

Wilgotność powietrza dochodzi do 96 procent. Wyprane ubrania nie schną już od dwóch dni pomimo palącego słońca.

Omawiamy z G. kontuzje nurkowe. Jako zaprawiony instruktor ma ciekawe historie z bazy nurkowej w Hondurasie. O tym jak ludzie piją i nurkują za głęboko, a potem wynurzają się częściowo sparaliżowani. My do najbliższej komory dekompresyjnej mamy 45 minut szybką łodzią, ale widmo choroby kesonowej jest złowieszcze. Do kompletu grozy dorzuca jeszcze historię z przewoźnikami lotniczymi w Indonezji. Miał już akcję, że w samolocie zapalił się jeden silnik i awaryjnie lądował na jakiejś małej wyspie. Naprawdę urocze i dobry materiał na spokojne sny.


Raja Ampat – zaprawione nury

2014-10-30

Znowu pobudka 6:40. Nawet już bez budzika. Na tym urlopie raz tylko spałem dłużej niż do 8:00. Poranek jest upalny, a przez wilgotność pranie dalej nie schnie. Ciekawe czy w końcu trafimy na prawdziwy deszcz czy tutaj po prostu powietrze zawiera już wodę.

Pierwsze zejście Mioskon, gdzie wokół wyspy rozciągają się twarde i miękkie koralowce. Madzik jest już w grupie pro. Podziwiamy szkółkę małych ryb, które dorastają i znajdują schronienie wśród korali. Natomiast nas podziwia rekin (blacktip), który zatacza wokół nas kręgi. Na dnie wypatrzyliśmy dwa kolejne rekiny. Tym razem są to zakopane w piasku Wobbegong. Spotykamy też żółwia i dłuższy czas płyniemy z nim. Odległość poniżej metra. Zupełnie już nie przejmuję się wyrównywanie ciśnienia i utrzymywaniem pływalności. Pełny relaks.

Potem przerwa na naprawdę rajskie wysepce. Biały piasek, błękitna woda i cień palm. Jesteśmy sami z przepięknym widokiem. Chciałbym, żeby Raja Ampat została taka na zawsze.

Drugie zejście to Friwen Wall czyli ściana. Redukuje balast do sześciu kilo i spokojnie schodzimy na sam dół. Następnie w lekkim prądzie suniemy wzdłuż tej ściany. Miejscami nachylenie jest ujemne i tworzą się jaskinie. Wpływam tak, że z pięciu stron otacza mnie rafa. W lekkiej ciemności czają się kolejne formy życia. Na przykład kolczaste ryby. Barwy rafy oprócz żółtego, zielonego i niebieskiego mają też sporo fioletu. W organicznych formach koralowych sporo się dzieje. Są skorpiony, ślimaki, węże i sporo małych ryb. Widzimy też rekina, tym razem szarego, który jest niebezpieczny. Obserwujemy się z dystansu i niech tak pozostanie. Jest raczej piękne.


Raja Ampat – nurkowanie w prądach

2014-10-31

Ostatni dzień nurkowy, bo dobę przed lotem już nie można. Czuję już smutek, że przygoda się kończy.

Pierwszy site to Yenbuba, gdzie byliśmy za pierwszym razem. Przy obecnej pogodzie spodziewamy się prądów, a co za tym idzie dużych ryb. Faktycznie są i eksploruję zaciekle pochyłą rafę. Tym razem oddycham już wolno i zapuszczam się na 25m. Niesamowita jest łatwość z którą tutaj nabiera się głębokości. Przejrzystość wody jest taka, że na 10m widać wyraźnie taflę wody i jest wrażenie, że wysuwając rękę możną ją dotknąć. Nie znam nazw poszczególnych ryb, ale niektóre są ponad metrowej długości. Wpływam w sporą ławce takich żółto-niebieskich. Nieruchomieję i staję się częścią przyrody.

Chyba widać postęp w umiejętnościach, bo na drugi zejście dostaję Cape Kri. Cieśnina przy wyspie Kri słynie z silnych prądów i jest rekomendowana raczej w okresie kwiecień-lipiec. To już ostatnie nurkowanie na Raja i chcę, żeby było najdłuższe. Udaje się a widoki najlepsze dotychczas. Niemniej muszę koniecznie uzyskać uprawnienia na nitrox, żeby zostawać pod wodą jeszcze dłużej.


Raja Ampat – pożegnalny snorkering

2014-11-01

Bezgraniczny smutek, bo to już ostatni dzień w raju. Na dobę przed lotem nie można już nurkować, dlatego spędzamy dzień na snorkeringu. Odbywamy całodniową wyprawę wokół wyspy Gam, ale nie może się to równać z nurkowaniem.

Ostatnie oddechy oceanu, ostatni zachód słońca. Eh.


Powrót do Kuala Lumpur

2014-11-02

Wstajemy jeszcze po ciemku i chwilę później suniemy łodzią w kierunku stałego lądu. Tym razem trasa do Sorong zajmuje ponad trzy godziny, bo ocean jest dla nas mniej łaskawy. Sorong nie zmienił się zbytnio czyli człowiek ma wielką radość, gdy go opuszcza.

Następny przystanek to ponownie Makassar, które przezywamy Masakra, bo znowu czekamy sporo czasu na tutejszym lotnisku.

Ostatni lot tego dnia to samolot do Kuala Lumpur. Żegnamy już Indonezję i ponownie witamy Malezję. Przy tej okazji muszę pochwalić Air Asia. Jest to największy tani przewoźnik w tej części świata i ma naprawdę super ofertę. Nowiutkie samoloty i gęsta siatka połączeń w śmiesznych cenach. Ich główna baza jest własnie w Kuala i stanowi de facto osobne samodzielne lotnisko. Niesamowicie wielkie, no ale Air Asia ma już prawie trzysta maszyn.

Malezja wita nas skanerami Eboli. Odcięci od wiadomości już zapomnieliśmy o tej epidemii, ale najwyraźniej przygotowania do niej trwają. Wszyscy wysiadający mają mierzoną temperaturę. Na szczęście przechodzimy dalej.

Ciekawe są też informacje lotniskowe. Nie takie typu „pilnuj bagażu”, ale informujące, że za palenie jest kara 10.000 złotych, a za posiadanie narkotyków kara śmierci. Doceniam proste zasady.

 


Chilli crab w Singapurze

2014-11-03

Wisienką na torcie jest wypad do Singapuru. Miejsce już mi cokolwiek znane i darzę to miasto-państwo dużym sentymentem.

Zatrzymujemy się w najbardziej charakterystycznym hotelu nad samą zatoką (Marina Bay). Taka fanaberia i wyszło, że zupełnie niepotrzebna. Hotel jest przeogromny, ma ponad tysiąc pokoi. W związku z tym sama rejestracja przypomina kolejkę na dworcu kolejowym i trwa prawie godzinę.

Szybki prysznic i ruszamy zwiedzać miasto. Jest wspaniale osiągalne przez metro i ma idealny rozmiar. Duże, żeby czuć się jak w metropolii a przy tym małe, żeby zachować kameralność. Pomimo poniedziałku jest spory ruch i nawet słyszymy język polski. Oczywiście nie odbywa się bez zakupów … japońskich kosmetyków. Podobno najlepsze.

Wieczorem spotykamy się z moimi kolegami z pracy. Udajemy się do Clarke Quay, gdzie Jason zna dobre miejsce na kraby. Singapur ogólnie słynie z dobrej kuchni i osiągalne są przysmaki z całego świata. My zamawiamy dwa najbardziej znane sposoby przygotowania. Czyli chili crab podany w gęstym o ostrym sosie paprykowym oraz pepper crab w wersji bardziej soute choć równie pikantny. Spędzamy wspaniały wieczór dzieląc się opowieściami o nurkowaniu w Raja Ampat, zamieszkach w Hong Kongu, sytuacji w Singapurze i ogólnie o życiu.

Główną atrakcją hotelu jest basen z przezroczystymi brzegami (infinity pool), który znajduje się na dachu. Podobno najwyżej położony na świecie. Faktycznie jest na 57. kondygnacji i rozciąga się na 150 metrów. Niemniej jest niesamowicie zatłoczony, a jego głębokość i szerokość w zasadzie uniemożliwia pływania. Jest to zatem sadzawka do robienia sobie zdjęć typu selfie oraz popijania drinków. Obciach i rozczarowanie, nawet go nie dotykamy.

Za to ruszamy znowu na miasto i bez trudu znajdujemy przyjazny bar.


Singapur i długi powrót

2014-11-04

Obok hotelu jest ogród botaniczny z charakterystycznymi sztycznymi drzewami, które porośnięte są różnorodną roślinnością. To przyjemna ochłoda od palącego miasta i chętnie się tam włóczymy.

Jeszcze tylko wyskok na Orchard Road i ponownie zakupy. Ponownie kosmetyków. Najwyraźniej dziewczyny tak lubią.

Niestety cała wycieczka dobiega końca. Teraz już tylko dwadzieścia sześć godzin, aby z Singapuru poprzez Kuala Lumpur i Stambuł wrócić do Warszawy. Bardzo przyjemnie było kręcić się wzdłuż równika…